wtorek, 30 czerwca 2015

Przez pustynie Maroka - III: Powrót do przeszłości (31 III-2 IV 2015)

c.d.

31 III - Na przetartym szlaku 

Po forsownej nocy, nad Atlasem wschodzi w końcu słońce, które pomału oświetla pojedynczą nitkę drogi, wijącą się jak chiński smok po pomarańczowo-złocistych górach. Ostatnie nocne godziny minęły pod znakiem niezliczonych zakrętów, zwężeń, podjazdów i serpentyn, na których auto musiało się nieźle napocić. Próby dzielenia uwagi pomiędzy drogę i ptaki są w tych realiach niezwykle trudne, zwłaszcza że co jakiś czas dyszy nam na plecach obładowana po brzegi ciężarówka, a pobocze praktycznie nie istnieje. W pewnym momencie Staszek podnosi mi ciśnienie, kiedy oznajmia, że przed chwilą widział góropatwę berberyjską, która przebiegła przed autem z jednej strony drogi na drugą! Na liście najmniej zadowalająco widzianych gatunków góropatwa zajmuje u mnie miejsce w ścisłej czołówce (podczas ostatniej wizyty w Maroku widziałem tylko ptaka zapadającego między skałami, co trwało raptem kilka sekund) - na Boga, stańmy! Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej droga jest nieco szersza i udaje się nam w bezpiecznym miejscu zatrzymać samochód - ptak odzywa się dość regularnie i jego wypatrzenie tym razem nie nastręcza trudności - uff, czuję się jakbym zobaczył nowy gatunek:). Przypadkowy przystanek owocuje również dalszymi ciekawymi obserwacjami - po drugiej stronie drogi zauważamy stadko trzech gilaków pustynnych, białorzytkę żałobną i skowronika piaskowego. Sporo jest gołębi skalnych, które kojarzymy głównie z ich "synantropijnej wersji", znanej pod nazwą gołębia miejskiego.

Droga do Ouarzazate
 Góropatwa berberyjska (Alectoris barbara)
Góropatwa berberyjska (Alectoris barbara)
Niekończące się serpentyny w drodze do Ouarzazate
Gołębie skalne (Columba livia) spacerują po szosie...
Wyłuskany spośród skał skowronik piaskowy (Ammomanes phoenicura)

Wreszcie droga zaczyna schodzić w dół. Plenery wciąż są niesamowite - aż chciałoby się co rusz to zatrzymywać i kontemplować godzinami genialne widoki. Dwa lata temu pisałem o Maroku jako o Krainie Kontrastów. Uwydatnia się to również na płaszczyźnie "krajobrazowej" - na pierwszym planie wciśnięte pomiędzy skaliste klify zielone, żyzne pastwiska, na których wypasane są owce, za nimi gaje palmowe, a hen w dali szczyty Atlasu Wysokiego przybrane w śnieżne czapy. Od takich obrazków nie sposób oderwać oczu.












Nawet przy krętej górskiej drodze kwitnie biznes - szanujący się Marokańczycy handlują wszystkim i wszędzie. Pośród licznych przydrożnych stoisk oferujących asortyment dla nas absolutnie niepraktyczny, naszą uwagę przykuwa budowla oznaczoną napisem "Mineraux" - a więc taki lokalny gift-szop - postanawiamy zajrzeć. Od razu uderza nas kakofonia barw - stoły i półki uginają się pod ciężarem dość ładnego rękodzieła - przeważnie różnego rodzaju miseczek, dzbanków, wazonów i lamp. W środku wita nas chyba 80-letni staruszek, któremu jednak nie sposób odmówić wigoru - siły przebicia mógłby pozazdrościć mu niejeden akwizytor. Ceny na wstępie są oczywiście zaporowe, ale dla obu stron jest od początku oczywiste, że wzajemne spotkanie nie zakończy się dla nikogo pozostaniem z pustymi rękoma;) W oko wpada mi tradycyjny dzbanek na herbatę, wysadzany minerałami, co nie uchodzi uwagi czujnego sprzedawcy. 50 euro? 45? To może 30? Za dużo, za dużo - powtarzam do znudzenia, aż w końcu wychodzę z dzbankiem kupionym za... 10 euro. A najlepsze w tym wszystkim to, że zapewne... i tak przepłaciłem!;)

Sklep z pamiątkami przy trasie do Ouarzazate
Sklep z pamiątkami przy trasie do Ouarzazate

Niecałe pół godziny po zakupie pamiątek dojeżdżamy do Ouarzazate - dawnego garnizonu Legii Cudzoziemskiej. Ronda z kamerami i zwojami taśm filmowych w rolach głównych przypominają o randze głównego marokańskiego ośrodka filmowego, które miasto zyskało dzięki wytwórni filmowej Atlas Studio. Mało kto wie, że nakręcono tu m.in. takie superprodukcje jak Gladiator czy Kleopatra - budynek studia mijamy zresztą chwilę później. Póki co dzieła filmowe mało nas jednak interesują - powód dla którego przyjechaliśmy do Ouarzazate daje się ująć w dwóch słowach: "dzierlatka długodzioba". Ten nowy gatunek wydzielono ze zwyczajnej dzierlatki relatywnie niedawno, a sądząc po internetowych sprawozdaniach rejon marokańskiej stolicy kina jest jej głównym zagłębiem w regionie. Zanim jednak nasycimy oczy, pora nasycić żołądki;). Zatrzymujemy się przy głównej arterii Avenue Mohammed V (kto by się spodziewał takiej nazwy? ;)), gdzie w małej knajpce zamawiamy chrupkie placki i omlety serwowane w niecodziennym połączeniu z truskawkami. Podczas oczekiwania na posiłek obserwujemy scenę rodem z komedii. Chwilę prędzej zajęliśmy ostatnie miejsce parkingowe w okolicy... a przynajmniej tak się nam zdawało, bo na małej przestrzeni, która pozostała za naszym autem teoretycznie nikt nie miał prawa się zmieścić. Nie doceniliśmy jednak kunsztu marokańskich kierowców. Mała przestrzeń do parkowania nie przeszkadza bowiem właścicielowi starego Renault 4, który swoim przednim zderzakiem przesuwa nasze auto o dobre pół metra wprzód wciskając się na styk pomiędzy nas i parkującego za nami peugeota. Jak stąd wyjedzie gdybyśmy postanowili nie ruszać się z miejsca przez kolejnych kilka dni najwyraźniej również go w danej chwili nie interesowało - zapewne tak samo jak wjechał. :)

Szczyty Atlasu tuż przed Ouarzazate
Ouarzazate to marokańska stolica kina o czym przypominają tego typu konstrukcje na rondach
Ulice Ouarzazate
Ulice Ouarzazate

Po sytym śniadaniu dojeżdżamy w rejon pól uprawnych we wschodniej części miejscowości. Zauważyć muszę, że określenie "pola uprawne" nie oznacza tu do końca tego samego co w centralnej Europie. Ot, pomiędzy rowami melioracyjnymi, którymi spływają z miasta ścieki, to tu, to tam miejscowa ludność nasadziła warzywa - większego nieładu w gospodarowaniu uprawą chyba nie widziałem. Co dla nas najistotniejsze, dość szybko udaje się nam namierzyć dzierlatki długodziobe, które w pełni zasługują na swoją nazwę - może i nie mogą się równać ze skowronami pustynnymi, ale ich dzioby to jednak kilofy. Co ciekawe, ptaki śpiewają zupełnie inaczej niż "nasze" dzierlatki. Przynajmniej z jednym z głównych celów wyprawy poszło lekko, łatwo i przyjemnie. Zasilane wodami zbiornika El Mansour Eddahbi pola irygacyjne stanowią ostoję licznego ptactwa wodnego - obserwujemy tu m.in. czaple złotawe, kazarki rdzawe, szczudłaki, kwokacze i bataliony. Nadwodne zarośla tętnią z kolei głosami żołn. Nad szczytem, do złudzenia przypominającym japońską górę Fiji, krąży stado około 150 migrujących bocianów białych - bardzo miło widzieć "boćki" powracające z zimowisk do Europy!

Pola irygacyjne w Ouarzazate - środowisko dzierlatki długodziobej
 Dzierlatka długodzioba (Galerida macrorchynha)
 Dzierlatka długodzioba (Galerida macrorchynha)
Dzierlatka długodzioba (Galerida macrorchynha)
Dzierlatka długodzioba (Galerida macrorchynha)
Dzierlatka długodzioba (Galerida macrorchynha)
Pola irygacyjne w Ouarzazate i sobowtór góry Fiji w tle ;)
Kasbah u podnóża Atlasu
W końcu gest zwycięstwa!:)
Przedmieścia Ouarzazate

Po rozprawieniu się z dzierlatką zamierzamy poświęcić resztę dnia na poszukiwanie skowroniaków - gdzieżby indziej, jak nie w Boumalne du Dades, gdzie szukaliśmy ich również dwa lata temu! Tego roku ptaki były meldowane z tego miejsca jeszcze kilka dni temu, więc żywimy sporą nadzieję, że to podejście do tematu będzie już rozstrzygające. W drodze do doliny rzeki Dades mocno już doskwiera nam upał i brak klimatyzacji w aucie... Mimo to nie osłabiamy czujności, za co zostajemy wynagrodzeni obserwacjami gadożera i ciemnego orzełka - na tej wyprawie każdy "drapol" jest na wagę złota - doprawdy widzieliśmy ich dotąd znikomą ilość... W trasie mijamy liczne zabytkowe wsie wciśnięte pomiędzy strome ściany zboczy. Ludność nadal żyje tu w tradycyjnych ksarach - ufortyfikowanach osadach składających się z budowli wzniesionych z kamienia i gliny na surowych skałach. Wrażenie robią umocnione meczety - na niektórych minaretach gniazda założyły... bociany. Można się tu poczuć jak podczas podróży w czasie! Chcąc zaoszczędzić kilkadziesiąt minut korzystamy z sugestii nawigacji GPS i zbaczamy z głównej trasy. W pewnym momencie droga urywa się... nad brzegiem wezbranego uedu - najwyraźniej jeszcze niedawno znajdowała się tu przeprawa, którą pochłonął żywioł. W Maroku lepiej nie jeździć na skróty!



Gadożer (Circaetus gallicus)
Orzełek (Hieraaetus pennatus)


















Według nawigacji, gdzieś tu powinien być most... :)


Powracamy do szosy, która bezpiecznie doprowadza nas do położonego na wzgórzu Boumalne du Dades. Nieznane są koleje losu - nie sądziłem, że po tak krótkiej przerwie znów będę miał możliwość poruszać się klimatycznymi uliczkami tego miasta. Tymczasem kierujemy się jednak na hamadę i trawiasty płaskowyż, które rozpościerają się na południe od miejscowości - tu będziemy szukać skowroniaków. Na otwartą przestrzeń skręcamy tuż za jednostką wojskową, wprost na wyboistą drogę, znaną birdwatcherom pod nazwą Tagdilt Track. Ostatnim razem nieprzyjemnie zaskoczyły nas tu ogromne ilości śmieci, ale od naszej wizyty miejsce zmieniło się na plus. Obawiam się jednak, że nie wynika to z poprawy mentalności Marokańczyków, co z siły i kierunku wiatrów. ;) Mocno aktywne są ptaki - niepodważalnymi dominantami są skowrończyki krókopalcowe, a nieco mniej (choć nadal dużo) jest górniczków małych. Co ciekawe, te ostatnie dopiero karmią pisklęta i nie obserwujemy lotnych młodych - interesujące, w kontekście naszych problematycznych skowronków z Daoura... Najbardziej istotny jest jednak absolutny brak skowroniaków - dlaczego nie słyszymy ich wcale, podczas gdy cała reszta skrzydlatego towarzystwa wprost szaleje? Nie wiemy i najwyraźniej się nie dowiemy. Na płaskowyżu spędzamy bite cztery godziny, ale poza wyżej wymienionymi ptakami obserwujemy tu jeszcze tylko cztery gatunki białorzytek (pustynna - najliczniejsza, saharyjska, "zwyczajna" i rudorzytka) oraz parę błotniaków łąkowych. Ogólne wrażenie z wizyty w tym miejscu poprawia niewątpliwie wspaniała panorama Atlasu. Na jakiś czas nawet chętnie zamieniłbym się z mieszkającymi tu w grotach i namiotach berberyjskimi pasterzami. Jeżeli kiedyś będę chciał uciec od wszystkich problemów świata, o tym miejscu na pewno sobie przypomnę. 



Boumalne du Dades
Boumalne du Dades
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades
Widok na Boumalne du Dades
Skowrończyk krótkopalcowy (Calandrella brachydactyla)
Tagdilt Track
Nieoznaczony biczogon
Górniczek mały (Eremophila bilopha)
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades - tradycyjny namiot berberyjski

W takich warunkach mieszkają pasterze...


Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades
W poszukiwaniu skowroniaków
Płaskowyż na południe od Boumalne du Dades


Powracamy do Boumalne du Dades na kolację, do znanego nam już lokalu przy głównej arterii - ostatnio restauratorzy omal nie pobili się walcząc o nas, tym razem posiłki zostają zaserwowane w "warunkach pokojowych";). W międzyczasie doczekaliśmy się rozwiązania tajemnicy skowronków z Daoura. Zdania fachowców były dość długo podzielone - według jednych były to skowrończyki arabskie, według innych skowroniki rudawe, a nieliczni typowali młode górniczki małe. Komentarze członków marokańskiej komisji faunistycznej zdają się jednak ostatecznie przeważać szalę na korzyść tych ostatnich. Klamka chyba zapadła... Trudno! Po zmierzchu wyruszamy w drogę do kolejnej odwiedzanej już przez nas destynacji - Rissani. Oczywiście znów musimy przedzierać się przez góry, a kiedy szczęśliwi zbliżamy się wreszcie do celu, Maroko zaskakuje nas po raz kolejny. Droga przed nami - tym razem ta główna, jest zalana... Mamy zaawansowany wieczór, a według mapy, jedyny możliwy objazd wymaga nadłożenia drogi o ponad 100 kilometrów. Mimo wszystko decydujemy, że trzeba zawracać i niechybnie spędzilibyśmy tej nocy kilka godzin dłużej w samochodzie, gdyby nie terenowy jeep, który na naszych oczach forsuje przeprawę zanurzony zaledwie po osie;). Skoro jeep przeszedł, to i my przejdziemy! ;) Po niecałej godzinie przed nami wyłania się charakterystyczna ozdobna brama, oznajmiająca wjazd do Rissani. Podobnie jak ostatnim razem, zatrzymujemy się w hotelu Sijilmassa. Może powtarzając to po raz kolejny staję się groteskowy, ale teraz stoimy już naprawdę przed ostatnią szansą na brakujące nam pustynne gatunki - a wciąż nie widzieliśmy skowroniaka, skowrończyka arabskiego i lelka egipskiego. Karty zostały rozdane i chociaż mieliśmy w rękach przeważnie blotki, pozostało nam przynajmniej robić dobrą minę do złej gry. 



Boumalne du Dades
Jeden z meczetów w Boumalne du Dades w ostatnich promieniach słońca

1 IV - Dzień prawdy


Krótko po świcie wyjeżdżamy w kierunku Merzouga. Po chwili opuszczamy żyzną dolinę Ziz i krajobraz znów przechodzi w surową pustynię. Docieramy w rejon Erg Chebbi - olbrzymiej, ruchomej piaszczystej wydmy - wizytówki regionu, po czym zbaczamy na bezdroża. Mam deja vu, bo dokładnie w tym samym miejscu dwa lata temu zaliczałem białorzytkę pustynną... Nie zmienił się powód naszej wizyty tutaj - to właśnie stąd pochodzą jedyne stwierdzenia skowrończyka arabskiego w tej części Maroka. Chwilę krążymy po okolicy bez przekonania - więcej wiary można by znaleźć na Światowym Kongresie Ateistów;). Ale w co tu wierzyć, skoro jedynymi mieszkańcami okolicy jest para skowrończyków krótkopalcowych?

Erg Chebbi - wizytówka regionu Merzouga

Dzień wcześniej wchodzimy w posiadanie współrzędnych świeżej obserwacji stada... 4000 stepówek białobrzuchych z okolic Merzouga! Według nawigacji jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od oczywistego wodopoju i byłoby grzechem nie podjąć próby dotarcia tam. Najwyraźniej jednak niebiosa przestały nam sprzyjać, bo dość szybko uświadamiamy sobie, że "pinezka" w GPS znajduje się... za Erg Chebbi, a próba dotarcia tam autem bez napędu na cztery koła raczej na pewno zakończy się poszukiwaniem wyciągarki (zasadnicze pytanie - jak na pustyni znaleźć wyciągarkę?). W tym momencie podejmujemy chyba najrozsądniejszą decyzję poranka - dosyć łapania wszystkich srok za ogon - koncentrujemy się na skowroniaku! Wpisujemy w nawigację ostatnie zdobyte współrzędne i jeszcze zanim docieramy na miejsce zauważamy dwa skowroniaki w locie tokowym! Ptaki są mocno aktywne głosowo, więc niemożliwe, abyśmy przeoczyli je w poprzednio odwiedzanych lokalizacjach - jeśli, rzecz jasna, tam były. Również krajobraz nie wyróżnia się specjalnie niczym na tle odwiedzanych przez nas miejsc na ten osiadły gatunek - kamienisty płaskowyż, porośnięty kępkami niewysokiej trawy. Więc dlaczego nie widzieliśmy ich do tej pory? Ano najwyraźniej dlatego, że nigdy nie szukaliśmy ich o świcie. Podczas fotografowania tych pięknych skowronków przelatuje nam nad głową pojedyncza stepówka - niestety rudogardła - jednak narzekanie na cokolwiek w danej chwili byłoby dalece posuniętą niewdzięcznością!

Samce skowroniaków (Ramphocoris clotbey) w locie tokowym
Skowroniak (Ramphocoris clotbey)
Skowroniak (Ramphocoris clotbey)
Skowroniak (Ramphocoris clotbey)
Skowroniak (Ramphocoris clotbey)
Skowronik piaskowy (Ammomanes deserti)

W zdecydowanie lepszych nastrojach możemy poświęcić resztę dnia na poszukiwanie lelków egipskich - na początek postanawiamy odwiedzić dalszą lokalizację w samym sercu pustyni. Jednak droga do niej kręta i zawiła - odprowadzani spojrzeniami kierowców terenowych aut, najwyraźniej zatroskanych stanem naszego zdrowia psychicznego, na przełaj docieramy do asfaltu, którym kierujemy się z powrotem do Rissani. Po przetraceniu kilkuset dirhamów na pamiątki (Dys ys jor happi dej maj frjend!) kierujemy się na Erfoud - tu trafiamy chyba na godziny szczytu, bo liczba samobójców wychodzących nam na czołówkę skuterami, ciężarówkami i osłami, narwanych fanów formuły 1 wyprzedzających na czwartego i piątego oraz tubylców w ostatniej chwili wskakujących pod koła jest kilkukrotnie wyższa niż zwykle w takich prowincjonalnych miasteczkach. Szczęśliwie udaje się nikogo nie zabić, zanim opuszczamy główną trasę i odbijamy w Avenue Moulay el Hassan. Pomimo dumnie brzmiącej nazwy, avenue okazuje się być przeoranym kartofliskiem, na którym asfalt zdaje się pełnić funkcje dekoracyjną. Po ponad 20 kilometrach podskakiwania na wybojach docieramy do jednego z licznych w tym rejonie pustynnych hoteli, Auberge Derhaoua, za którym skręcamy w piaszczystą, wyjeżdżoną przez jeepy drogę. Teraz przed nami prawdziwe wyzwanie - 10 kilometrów przez hamadę. Droga momentami jest mocno intuicyjna i dłuższą chwilę trzeba się domyślać, czy rzeczywiście nią jest. Nawierzchnia (dobre sobie...) jest bardzo niepokojąca - mkniemy teraz de facto po ostrych kamieniach i w końcu staje się to, co było nieuniknione - łapiemy "flaka". Co prawda wozimy zapasowe koło i wkrótce auto odzyskuje sprawność - nie zmienia to jednak faktu, że teraz podróżujemy po dzikich ostępach ze "sflaczałą rezerwą" w bagażniku i bez pompki, a za chwilę oddaleni będziemy od względnej cywilizacji o dobre 40 kilometrów...

Za Auberge Derhaoua droga wygląda już mało obiecująco...
To się musiało tak skończyć - mamy flaka...
Tradycji stało się zadość - druga wyprawa do Maroka i druga zmiana koła ;)

Kręcąc cykorię dojeżdżamy w końcu do pustynnej wioski, w pobliżu której znajomi Holendrzy obserwowali rok temu dwa lelki egipskie. Nasze przybycie osobową Dacią Logan staje się największą sensacją w historii osady. Szybko otoczeni zostajemy przez gromadę dzieci, które jednak nie kojarzą lelka, pokazywanego im w książce. Po dokładniejszym sprawdzeniu współrzędnych okazuje się, że jesteśmy jeszcze kilometr od właściwego miejsca. Dalszy dojazd autem wydaje się być niemożliwy, bo po kilkudziesięciu metrach za murami ostatnich domostw grzęźniemy w piachu, ale udaje nam się manewr okrążający! Dzięki temu, po kilkunastu minutach parkujemy w pobliżu "przysiółka" odwiedzonej niedawno wioski, składającego się z ośmiu dymów na krzyż. Ptaki widziane były w uedzie znajdującym się tuż za zabudowaniami, a więc tam kierujemy nasze kroki. Zanim przystąpimy do poszukiwań znów zostajemy otoczeni przez nieletnią gawiedź - przez chwilę mamy nadzieję, że uda nam się zawrzeć korzystną dla obu stron transakcję, tj. "pieniądze za lelka", ale nie kryjemy rozczarowania, kiedy okazuje się, że zostaliśmy uznani za szastających twardą walutą filantropów, którzy nie chcą niczego w zamian. W końcu piekielne słońce wykańcza ostatnich natrętów, a my kontynuować możemy w spokoju penetrację uedu. Chodząc od kępy trawy do kępy trawy wypłaszamy jednak tylko liczne jaszczurki Acanthodactylus schmidti. Po kilku przejściach w tę i we wtę dociera do nas, że prędzej znajdziemy tu własną zgubę w postaci skorpiona czy udaru, niż lelka. Najciekawszą obserwacją z uedu jest dla mnie para białorzytek saharyjskich karmiących podloty na pobliskim rumowisku kamieni.

Którędy dalej?
W drodze do pustynnej wioski
W końcu pojawiają się zabudowania...
W pustynnej wiosce
W pustynnej wiosce
Prawdziwy erg
W dolinie widoczny "przysiółek" wioski - w pasie zieleni tuż za nim widziano lelki egipskie
Jaszczurka Acanthodactylus schmidti
 Białorzytka saharyjska (Oenanthe leucopyga)
... czasem udaje orła...
... a czasem ćmę ;)
Białorzytka saharyjska (Oenanthe leucopyga)

Hamada i erg

Przegraliśmy, ale póki co nie składamy broni - w zanadrzu mamy jeszcze jedno miejsce na lelka w pobliżu Rissani. Przed nami najtrudniejsze zadanie - wydostać się z pustyni bez uszkadzania opon;). Co gorsza, po chwili do galerii straszących nas widm, dołącza widmo zbłądzenia - zlekceważenie przysłowia, które głosi, że kto drogi skraca do domu nie wraca, kończy się dla nas dłuższymi poszukiwaniami śladów terenowych aut, po których poruszaliśmy się kilka godzin temu. Uff, wreszcie udaje się. Najwyraźniej w ramach rekompensaty za nerwowe chwile los obdarza nas spotkaniem z trzema rączakami! Tym razem ptaki dają do siebie podjechać autem, dzięki czemu możemy obserwować je i fotografować z kilku metrów - genialna sesja!

Rączak (Cursorius cursor)
Rączak (Cursorius cursor)
Rączak (Cursorius cursor)

Niedługo później dobijamy do asfaltu pomiędzy Merzouga i Rissani - zakurzeni niczym słoiki z przetworami w nieodwiedzanej przez lata piwnicy. Jedziemy chwilę w stronę tej ostatniej miejscowości, po czym kilka kilometrów przed pierwszymi zabudowaniami skręcamy w prawo w wyboistą drogę znaną z przewodników Gosneya. Parkujemy w pobliżu małego, piaszczystego uedu pośród kamienistej pustyni, nad którym nocami widywane są lelki pustynne. Ze Staszkiem jako pierwsi wchodzimy w ued i po krótkiej chwili spod naszych nóg wzbija się pierwszy lelek! Na szczęście spłoszony ptak zapada niedaleko nas i możemy go ponownie zlokalizować i podejść. Po chwili dołączają Marian z Pawłem, którzy namierzyli kolejnego ptaka. Fotografowanie lelków nie jest jednak proste - siadają przeważnie w cieniu, nierzadko przysłonięte kępami traw i mimo wszystko zachowują pewien dystans ucieczki. Nasze podchody zostają jednak wynagrodzone, bo w końcu udaje nam się zajść jednego z lelków ze słońcem i wcisnąć spusty migawek, zanim ten bezszelestnie poderwie się do lotu. Poszukiwania ptaków pustyni podczas tego wyjazdu uznać możemy za zakończone - co najważniejsze, z sukcesem!

Mały ued przed Rissani - biotop lelków egipskich
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
 Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)
Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius)

Do zachodu słońca mamy jeszcze kilka godzin - do Zaidy na skowrończyka sierpodziobego jest za daleko, ale może by tak spróbować poszukać białorzytki czarnogardłej? Co prawda, bardzo prawdopodobne, że ptaki nie powróciły jeszcze z zimowisk, ale... kto nie ryzykuje ten nie tłiczuje!;) Zwłaszcza, że od najbliższych znanych nam miejsc na ten gatunek oddaleni jesteśmy niecałe 250 kilometrów i powinniśmy zdążyć. Bez zbędnego ociągania się ruszamy w kierunku... Boumalne du Dades, gdzie skręcamy na północ w dolinę rzeki Dades. Wąska droga wije się teraz niesamowicie pomiędzy szczytami Atlasu Wysokiego, kolorowanymi ostatnimi promieniami słońca, w niebezpiecznym tempie schodzącego za horyzont. Co kilkadziesiąt sekund pokonujemy tak ostre zakręty, że podczas każdego z nich mimowolnie zadaję sobie pytanie - spadniemy w przepaść, czy nie? Cudowne formacje skalne oraz surowe czerwone kazby i ksary wewnątrz głównego kanionu robią na nas wszystkich ogromne wrażenie. Respekt budzą owalne i okrągłe ostańce wyprofilowane przez wiatr - niektóre z nich mają wielkość bloku mieszkalnego. Pomimo surowego klimatu w dolinie rzecznej u stóp skalnych ścian widzimy małe poletka uprawne oraz bujne gaje daktylowców, migdałowców i drzew figowych. W końcu parkujemy na punkcie widokowym skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na pofałdowane w zawiłe formacje skały bazaltowe, o miękkich plastycznych kształtach, zwane przez miejscowych "mózgiem Atlasu", bądź "wzgórzami ludzkich ciał". Z powodu tego landszaftu zapomnieć można po co tu przyjechaliśmy... :) W ruch idą lornetki, ale najwyraźniej czas jednak nas pokonał - ptaki są już nieaktywne i udaje się nam zobaczyć tylko jedną "ospałą" białorzytkę żałobną. Jednak jeżeli niepowodzenie z białorzytką czarnogardłą ma być pretekstem do powrotu w Gorges du Dades w bliskiej przyszłości - nie mam żadnych zastrzeżeń!

W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades - teraz wiemy, że zalana droga jest do sforsowania naszą Dacią!
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
Rewia mody;)
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
W drodze do Boumalne du Dades
Boumalne du Dades
Boumalne du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades
Gorges du Dades

Po wystawnej kolacji w Boumalne du Dades (właściciel "restauracji" prawie płakał ze wzruszenia, kiedy napomknąłem, że pamiętamy go sprzed dwóch lat) obieramy kierunek na Agadir. Na świt mamy jeszcze przewidzianą wizytę w miejscu, gdzie przed kilkunastoma dniami obserwowano karliczki, co w praktyce oznacza... siedem i pół godziny bitej jazdy (prawie 550 kilometrów). Nie obyło się bez przygód. Za Ouarzazate w aucie zapala się kontrolka rezerwy, a w kolejnej mieścinie Timedline zapominamy zatankować. Pozornie nie dzieje się nic, paliwa mamy na jakieś kilkadziesiąt kilometrów - tyle, że ponad 60 kilometrów dzieli nas od kolejnego miasta Tazenakht. Na domiar złego trasa wiedzie górskimi serpentynami, gdzie nie ma mowy o ekonomicznej jeździe. W napięciu wyczekujemy chwili, kiedy auto zakrztusi się na dobre i utkniemy w środku nocy na tym pustkowiu. Najwyraźniej jednak czuwają nad nami wszyscy święci i na resztce oparów dojeżdżamy do miasta, Ale... to nie koniec niespodzianek! Pierwsza stacja benzynowa jest nieczynna. Druga i ostatnia, właśnie jest zamykana przez właściciela, do którego nie przemawiają żadne argumenty - benzyna się skończyła, a tak w ogóle fajrant to fajrant i radźcie sobie sami. Na szczęście w samą porę do dystrybutora podjeżdża rejsowy autobus, którego kierowca po wysłuchaniu naszej historii tak mocno wstrząsnął szefem stacji benzynowej, że paliwo znalazło się dla obu pojazdów. Niech żyje międzynarodowa solidarność kierowców!
Nocny przejazd okazuje się być ponad nasze siły i decydujemy się na kilkugodzinny postój w rejonie Aoulouz. Tylko jak tu spać, kiedy przez uchylone okna słychać z oddali... lelki rdzawoszyje! Staszek widział je już w Hiszpanii, Marian nie daje im szans po ostatnich doświadczeniach, ale ja i Paweł nie odpuszczamy.:) Zakładamy czołówki i brniemy na przełaj korytem wyschniętego uedu, a następnie polami uprawnymi, za śpiewem najbliższego z samców. Po kilkunastu minutach dochodzimy do gaju oliwnego - lelek śpiewa ewidentnie z jednego z drzew, ale nie potrafimy go namierzyć. Co gorsza, w reakcji na stymulację ptak milknie i uaktywnia się ponownie, kiedy oddalamy się o dobre kilkaset metrów. Historia powtarza się jeszcze raz, aż w końcu postanawiamy wyczekać go w jednym miejscu. Kiedy umacniamy się w przekonaniu, że również trzecie podejście do tematu spali na panewce, nad naszymi głowami przelatuje lelek rdzawoszyi, który siada następnie na gałęzi znajdującego się najbliżej nas drzewa! Na szczęście zabrałem ze sobą statyw i pilota spustu migawki, dzięki czemu udaje się udokumentować pięknie śpiewającego samca. Powracamy z tarczą wsłuchując się w lament kulonów i nawoływanie pójdźki. Fantastyczna noc!

Lelek rdzawoszyi (Caprimulgus ruficollis)

2 IV - Worek się rozwiązał

Z małym opóźnieniem, ale z przytomnym Marianem za kółkiem witamy świt w rejonie Agadiru. Całą resztę stawia na nogi kierowca zdezelowanego forda, który zjeżdżając z chodnika bez kierunkowskazu uderza w prawy bok naszego auta. Jakby tego było mało zostajemy obrzucani - zapewne mało wyszukanymi arabskimi obelgami, a po kilku sekundach winowajca najzwyczajniej w świecie... odjeżdża. Tymczasem drzwi Dacii przetarte nie na żarty - coś mi się zdaje, że po kieszeniach nas to uderzy.
Ostatni dzień na ptakach otwieramy na małych stawikach w Zouiat Massa. Akweny przylegające do równie niewielkich pól uprawnych są mocno zarośnięte turzycami i szuwarami, co stwarza idealne warunki dla występujących tu chruścieli - w tym interesujących nas karliczek. Zaraz po zejściu na brzeg najbliższego oczka wodnego zauważamy ruch w nadwodnej zieleni - ciśnienie podnosi nam kropiatka... Kolejny wypatrzony ptak jest już jednak najprawdziwszą karliczką! Co więcej, po dłuższej obserwacji okazuje się, że chruściel ten jest tutaj prawdopodobnym dominantem - w sumie stwierdzamy blisko 10 osobników. Jakimś cudem udaje się udokumentować jednego z ptaków przebiegającego po fragmencie stawu wolnego od trzcin. Wizyta w Zouiat Massa przynosi też inne ciekawe obserwacje, m.in. ibisów kasztanowatych (15), czapli modronosych (1 ad., 1 juv.), ślepowrona (1 ad.), marmurek (6) oraz... mangusty egipskiej plądrującej ptasie gniazda na stawowych groblach! W pobliskich zaroślach śpiewają wierzbówki, chwastówki, pokrzewki wąsate i trznadle saharyjskie, a przyjemnym akcentem na pożegnanie z tym miejscem jest obserwacja samca pleszki algierskiej.

"Karliczkowisko" w Zouiat Massa
Karliczka (Porzana pusilla)
Karliczki (Porzana pusilla) skryte za szuwarami
Karliczka (Porzana pusilla)
Ibis kasztanowaty (Plegadis falcinellus)


Mangusta egipska (Herpestes ichneumon)
Mangusta egipska (Herpestes ichneumon)
Mangusta egipska (Herpestes ichneumon)
Mangusta egipska (Herpestes ichneumon)
Mangusta egipska (Herpestes ichneumon)

Dobrej jakości drogą kierujemy się w stronę Agadiru, którego przedmieścia przecinamy w godzinach szczytu - chyba warto uwzględnić w dalszych planach, że nawet obrzeża metropolii mogą być poważnie zakorkowane. Błądząc chwilę po peryferiach docieramy w końcu nad Oued Souss - po raz trzeci podczas tego wyjazdu, ale pierwszy raz za dnia. Naszym głównym celem jest obserwacja kulonów, które słyszeliśmy tutaj podczas nocnych poszukiwań lelków rdzawoszyich. Pierwszą i ostatnią parę (samica wysiadująca na gnieździe) odnajdujemy już wkrótce na największej piaszczystej łasze, dzięki czemu zająć się możemy kolejnymi tematami - na warsztat idą zwłaszcza sroki "gołookie"*, których jest doprawdy sporo w najbliższych zadrzewieniach. Jednak coraz częściej kontrolujemy zegarki, aż w końcu dochodzimy do wniosku, że na nas już pora - jeszcze ostatni rzut oka na żerujące turkawki i aparaty wraz z lornetkami na dobre lądują w plecakach. Kierunek: lotnisko. Ale najpierw przetracamy dirhamy na porządną obiadokolację. W oczekiwaniu na zamówione potrawy na nasze głowy spadają... fragmenty cegieł i tynku - nad stolikami dla gości lokalu trwają w żaden sposób niezabezpieczone prace na elewacji! Ani trochę niewzruszony kelner przestawia tylko nasze stoliki parę metrów dalej i oszczędza jakiegokolwiek komentarza - najwyraźniej to nic takiego, że klientowi restauracji grozi wizyta w szpitalu z pękniętą czaszką..;) Za to dania są chyba najlepsze spośród wszystkich na tym wyjeździe, więc puszczamy całe zajście w niepamięć.

* Obecnie to odrębny gatunek - sroka gołooka (Pica mauritanica) - edytowano 4/7/18

Przedmieścia Agadiru
Pole position zajęte - zaraz wskoczy zielone światło, a wtedy biada tym, co nie zdążą uciec z ronda!
Przedmieścia Agadiru
Przedmieścia Agadiru - jak z filmów o Al Capone ;)
Przedmieścia Agadiru -  w Maroku obowiązują nieco inne standardy sanitarne w sklepach mięsnych
Oued Souss
Pokrzewka aksamitna (Sylvia melanocephala)
Pokrzewka aksamitna (Sylvia melanocephala)
 Kulon (Burhinus oedicnemus)
Kulon (Burhinus oedicnemus)
Sroka "gołooka" (Pica pica mauritanica)
Sroki "gołookie" (Pica pica mauritanica)
Przedmieścia Agadiru
Ostatni marokański posiłek
Flaga Maroka na jednej z ulic Agadiru

Historia w restauracji nie była ostatnią nieprzyjemną podczas wyprawy - już przy wjeździe na lotnisko zatrzymuje nas gwizdek policjanta. Staszek rozpiął pasy tuż przed automatami biletowymi i szlabanem przy wjeździe na parking i stojący obok stróż prawa nie przepuścił okazji do wzbogacenia się o 300 dirhamów. Jesteśmy pewni, że pieniądze z mandatu nigdy nie trafią na żaden komisariat, bo nie otrzymujemy nawet żadnego potwierdzenia na piśmie. Kolejne komplikacje czekają na nas na parkingu, gdzie zdajemy samochód - w bagażniku przebita opona, pojazd brudny i porysowany , co skutkuje w sumie zadośćuczynieniem w postaci 50 euro. Na dobitkę dowiadujemy się, że w Maroku zmieniany był czas, w związku z czym do końca odprawy pozostaje nieco ponad pół godziny! Pośpiech szkodzi i nie sprzyja trzeźwemu myśleniu - mylimy terminale. Moja walizka nie wytrzymuje ponadto trudów wyprawy i zmuszony jestem znaleźć owijarkę. Ostatnie chwile można by zatytułować: Jak stracić wszystkie pozostałe pieniądze w pół godziny. Teraz to już jednak nieistotne - najważniejsze, że rzutem na taśmę udaje się nam przejść wszystkie lotniskowe kontrole i stanąć w kolejce do samolotu - zresztą spóźnionego o prawie godzinę. Ostatni akord na marokańskiej ziemi ma jednak wydźwięk jak najbardziej durowy i pozwala zapomnieć o niedawnych problemach - kołujący po pasie startowym samolot wzbija w powietrze odpoczywające stado kilkudziesięciu rybitw krótkodziobych! Spłoszone ptaki przez jakiś czas latają równolegle do przemieszczającej się maszyny, a my wzbudzamy niemałe poruszenie na pokładzie, kiedy przepychamy się do okienek, chcąc uzyskać lepszy widok na rybitwy :). Po aparat już jednak nie sięgam w obawie przed reakcją załogi - zdjęcie może i bym wykonał, ale z ryzykiem wstrzymania dalszych procedur związanych ze startem samolotu. O nie, na dziś zbyt dużo już nieoczekiwanych wydatków. A święta Wielkiej Nocy jednak dobrze byłoby spędzić przy polskim stole. :)
Do Maroka na ptaki trzeba będzie jeszcze powrócić - wciąż pozostało tu kilka nierozwiązanych spraw. Białorzytka czarnogardła, muchołówka atlasowa, szpionastonóg zbrojny, skowrończyk arabski*, wróbel cytrynowy... Podobno wciąż otwarty jest temat przepiórnika na mokradłach wybrzeża Atlantyku. Tymczasem jednak w najbliższych planach orientuję się bardziej na wschód...

* Dopiero dwa i pół roku później otrzymam odpowiedź od Pierre-Andre Crochet - członka francuskiej komisji faunistycznej, że ptak, któremu zdążyłem wykonać parę nieostrych ujęć na drodze pomiędzy Dakhla i Ausserd w dniu 29 III, jest w rzeczywistości skowrończykiem arabskim! Zdjęcia tego ptaka w części drugiej relacji.

Lista wyprawy (wielkimi literami moje "życiówki") - 149 gatunków (wg kolejności systematycznej): ohar, kazarka rdzawa, krzyżówka, marmurka, markaczka, góropatwa berberyjska, przepiórka, perkoz dwuczuby,  głuptak, kormoran podg. lucidus, ślepowron, czapla złotawa, czapla modronosa, czapla nadobna, czapla siwa, bocian biały, ibis kasztanowaty, IBIS GRZYWIASTY, warzęcha, flaming różowy, rybołów, gadożer, orzełek, kania czarna, błotniak stawowy, błotniak łąkowy, kurhannik, myszołów, kaniuk, pustułka, pustułeczka, sokół wędrowny, raróg górski podg. erlangeri, kropiatka, KARLICZKA, kokoszka, łyska, ostrygojad, szablodziób, szczudłak, kulon, rączak, sieweczka rzeczna, sieweczka obrożna, sieweczka morska, siewnica, biegus rdzawy, piaskowiec, kamusznik, biegus zmienny, brodziec piskliwy, krwawodziób, kwokacz, szlamnik, kulik wielki, kszyk, batalion, śmieszka, mewa cienkodzioba, mewa romańska, mewa śródziemnomorska, mewa żółtonoga, rybitwa białoczelna, rybitwa czubata, RYBITWA KRÓTKODZIOBA, rybitwa rzeczna, rybitwa wielkodzioba, RYBITWA KRÓLEWSKA, stepówka rudogardła, gołąb skalny, grzywacz, sierpówka, turkawka, synogarlica senegalska, kukułka, pójdźka, LELEK RDZAWOSZYI, LELEK EGIPSKI, jerzyk, jerzyk blady, jerzyk alpejski, jerzyk mały, dudek, żołna, dzierlatka, DZIERLATKA DŁUGODZIOBA, dzierlatka iberyjska, skowrończyk krótkopalcowy, skowronik piaskowy podg. payni, skowronik rudawy, PUSTYNKA BIAŁOCZELNA, SKOWROŃCZYK ARABSKISKOWRONIAK, górniczek mały, skowron pustynny, brzegówka, jaskółka skalna, dymówka, jaskółka rudawa, oknówka, świergotek polny, świergotek drzewny, pliszka siwa, pliszka żółta, słowik rdzawy, pleszka, kopciuszek, pleszka algierska, białorzytka, białorzytka rdzawa, białorzytka saharyjska, białorzytka żałobna, białorzytka pustynna, rudorzytka, kląskawka, kos, skotniczka podg. saharae, DŁUGOSTEREK ŁUSKOGŁOWY, kapturka, piegża, LUTNICZKA ZACHODNIA, pokrzewka aksamitna, pokrzewka okularowa, POKRZEWKA WĄSATA, pokrzewka kasztanowata, rokitniczka, chwastówka, wierzbówka, ZAGANIACZ BLADY podg. reiseri, ZAGANIACZ PŁOWY, świstunka górska, pierwiosnek, świstunka iberyjska, bogatka, dzierzba śródziemnomorska podg. algeriensis i elegans, dzierzba rudogłowa, bilbil ogrodowy, tymal saharyjski, sroka gołooka, kruk pustynny, szpak jednobarwny, wróbel, wróbel śródziemnomorski, wróbel pustynny, zięba, szczygieł, kulczyk, gilak pustynny, potrzeszcz, trznadel saharyjski

"Wielcy nieobecni": NAWAŁNIK BURZOWY, orzeł południowy, sokół berberyjski, MEWA POŁUDNIOWA, STEPÓWKA BIAŁOBRZUCHA, STEPÓWKA PRĄŻKOWANA, KUKUŁKA CZUBATA, ŻOŁNA MODROLICA, BIAŁORZYTKA CZARNOGARDŁA, modrak, pokrzewka saharyjska, pokrzewka algierska, WRÓBEL CYTRYNOWY

1 komentarz: