sobota, 22 września 2018

Majówka w Hiszpanii - I: Valencia, Murcia, Wschodnia Andaluzja i Gibraltar (29 IV-2 V 2018)

Majówka to okres, który - jeśli tylko mam okazję - najbardziej lubię spędzać za granicą, z dala od "niedzielnych" turystów i tłumów opanowujących wszystkie krajowe atrakcje i przetarte szlaki. Nie zawsze jest to wyjazd typowo ptasi i tak było również w tym roku, jako że wyprawę do Hiszpanii planowałem wspólnie ze swoją Drugą Połową. ;) Niemniej, nawet w ornitologicznym aspekcie moja trzecia wizyta na Półwyspie Iberyjskim przerosła oczekiwania. Słowem, jak się chce, to można skonstruować przepis na danie, które po prostu musi smakować. ;) Nasz przepis wyglądał mniej więcej następująco:

✔️ 14 dni
✔️ 4460 przejechanych autem kilometrów
✔️ 6 hiszpańskich prowincji (+ Gibraltar)
✔️ 32 odwiedzone miejscowości
✔️ 4 parki narodowe
✔️ 6 obszarów chronionego krajobrazu (Parque Natural)
✔️ 4 rezerwaty przyrody
✔️ 3 pasma górskie z zaliczonym trekkingiem
✔️ 1 mecz Primera Division
✔️ dużo wina
✔️ dużo flamenco
✔️ 169 gatunków ptaków
✔️ 9 gatunków ssaków
✔️ 8 gatunków gadów 
✔️ 7131 zdjęć na kartach

Trasa naszej podróży przebiegała głównie po prowincjach położonych w południowej części kraju, ale w ostatnich dniach pozwoliliśmy sobie na szybki wyskok na północ - do Aragonii z Pirenejami. Do pełni szczęścia brakuje teraz kolejnej wizyty, o odwrotnej chronologii - skoncentrowanej na nietkniętych regionach, takich jak Galicja, Asturia, Kantabria, Kraj Basków, Nawarra, La Rioja, Katalonia i Kastylia-León. Celowo ominęliśmy też największe miejskie ośrodki na trasie: Madryt oraz Sevillę - przy tak bogatym grafiku, wpadanie na chwilę do stolicy kraju czy największego miasta Andaluzji nie miałoby większego sensu (zwłaszcza, że obie metropolie zwiedzić można na spokojnie w jakiś dłuższy weekend, korzystając z tanich lotów z Polski). Podsumowując: na pewno nie była to ostatnia wizyta w Hiszpanii...

VALENCIA

Naszą Vuelta a España nie bez powodu rozpoczynamy w Valencii. Od niepamiętnych czasów pasjonuję się hiszpańskimi ligowymi rozgrywkami piłki nożnej (aktualnie pod nazwą La Liga Santander), a od blisko dwóch dekad oddanie kibicuję lokalnej drużynie Valencia C.F... Sezon dobiegał końca, a "Nietoperze" zajmowali czwartą pozycję w tabeli, dającą bezpośredni awans do Ligi Mistrzów, który zapewnić mogli sobie wygraną w 35 kolejce w starciu z Eibar. Valencia rozgrywała ten mecz na swoim boisku, w niedzielę 29 kwietnia o godzinie 17:30 i kiedy dowiedziałem się, że istnieje opcja lądowania w Valencii cztery godziny wcześniej, już nic nie mogło mnie powstrzymać przed przeforsowaniem tego wariantu wylotu z Polski ;). Szczęśliwie udało nam się znaleźć tanią prywatną kwaterę 200 metrów od stadionu, a jeszcze szczęśliwiej - miejsce do parkowania (zajęło to dobre pół godziny...). Ciekawy mecz zakończył się bezbramkowym remisem, ale i tak nic nie było w stanie odebrać mi ogromnych emocji, wynikających już z samego pobytu na wypełnionym ponad 40-tysięczną publiką legendarnym Estadio Mestalla, który tylekroć oglądałem na ekranie telewizora, że aż wywoływał u mnie kilkakrotnie uczucie deja vu.
Żałuję, że nie starczyło czasu, aby lepiej przyjrzeć się miastu... Metropolia zrobiła na mnie duże wrażenie już podczas podejścia do lądowania. Z lotu ptaka doskonale widoczna była zielona wstęga przecinająca miasto. Wyschnięte koryto rzeki Turii zadrzewiono i zamieniono w największy w Hiszpanii park pełen alejek i ścieżek, ciągnący się przez 6,5 kilometra. Dziś wyznacza ono jego oś i jest miejscem, które tętni życiem cały dzień i noc. W miejscu, gdzie niegdyś rzeka kończyła swój bieg wybudowano awangardowe Ciudad de las Artes y las Ciencias - Miasto Sztuki i Nauki, będące największą wizytówką Valencii, na które składają się m.in. planetarium, największe oceanarium Europy, Muzeum Nauki i nowoczesna muszla koncertowa. Podczas kiedy oddawałem się piłkarskim emocjom, miejsce to udało się odwiedzić Józi, dzięki której prezentuję je Wam poniżej... 

Valencia z lotu ptaka: doskonale widoczne koryto rzeki Turii wraz z Ciudad de las Artes y las Ciencias. Poniżej, w prawym dolnym rogu - Estadio Mestalla
Ciudad de las Artes y las Ciencias (fot. JG)
Ciudad de las Artes y las Ciencias (fot. JG)
Estadio Mestalla - arena, na której swoje mecze rozgrywają Los Ches - czyli gracze Valencia C.F.
Stragan z pamiątkami - przygotowany do rozpoczęcia meczu
Estadio Mestalla
Wreszcie na meczu Valencii!
Valencia - Eibar
Valencia - Eibar - skrót meczowy z oficjalnego kanału La Liga Santander
Po meczu ulice miasta jeszcze długo zdominowane były przez kibiców...

REGION ELCHE: SALINAS DE SANTA POLA i EL FONDÒ-CHARCA SUR

Drugiego dnia podróży czekał nas blisko 500-kilometrowy tranzyt do Andújar. Ponieważ oboje nie jesteśmy zwolennikami pokonywania takich dystansów jednym ciągiem, postanowiliśmy zrezygnować z opcji kilkugodzinnego zwiedzania Valencii i wyruszyć w drogę wcześnie rano, urządzając kilka parogodzinnych przystanków po drodze. Zgodnie z przedwyjazdowym założeniem, że w programie wyprawy przeplatać będziemy klimaty miejskie z naturą, pierwsza połowa dnia miała mieć charakter przyrodoznawczy. Wybór padł na region Elche, na południe od którego zlokalizowane są dwa obszary chronionego krajobrazu (Parque Natural). Pierwszy z nich, Salinas de Santa Pola, obejmuje saliny o łącznej powierzchni 2570 ha, a więc siłą rzeczy, zwiedziliśmy jedynie niewielką południową część całego kompleksu, możliwą do penetracji dzięki systemowi kładek spacerowych i wież obserwacyjnych zlokalizowanych na wydmach, oddzielających laguny i solanki od wód Morza Śródziemnego. Każdy z akwenów dostarcza nowych ornitologicznych wrażeń. Największymi gwiazdorami są oczywiście flamingi, których koncentracje w sezonie lęgowym mają przekraczać 8 tysięcy osobników - my widzimy ich niespełna czterdzieści. Najwięcej uwagi poświęcam rybitwom - a to z tej racji, że zaledwie parę dni temu widziana tu była rybitwa kalifornijska oraz para rybitw różowych. Przeczesywanie dużych ilości rybitw rzecznych, czubatych i białoczelnych, nie przyniosło jednak żadnej z tych rzadszych. Jednym z pospolitszych gatunków na salinach okazuje się być mewa cienkodzioba, reprezentowana w sile ponad 300 ptaków. Sporo satysfakcji dostarczają ilości siewek - przede wszystkim 110 biegusów krzywodziobych oraz co najmniej 60 szablodziobów, z których spora część wysiaduje jaja. Ponadto, tę grupę ptaków reprezentują m.in. piaskowce, sieweczki morskie, biegusy zmienne, brodźce śniade i szczudłak. Na wydmach, porośniętych przez półpustynną i śródziemnomorską roślinność odzywa się całkiem sporo drobnicy, do których śpiewów muszę stopniowo przywyknąć - wszak nigdy nie miałem okazji być w basenie Morza Środziemnego w porze lęgowej! Na początek udaje mi się wyłowić głos pokrzewki kasztanowatej, których najwyraźniej jest tu całkiem sporo. 

Salinas de Santa Pola
Salinas de Santa Pola to ważna ostoja szablodzioba
Szablodziób (Recurvirostra avosetta)
Pierwsze przetarcie lunety (fot. JG)
Siedlisko pokrzewek kasztanowatych
Salinas de Santa Pola
Biegusy krzywodziobe (Calidris ferruginea) i mewy cienkodziobe (Chroicocephalus genei)
Mewy cienkodziobe (Chroicocephalus genei)
Salinas de Santa Pola
Salinas de Santa Pola - może komuś uda się oznaczyć pajęczaka?

Kilka kilometrów na zachód od kompleksu w Santa Pola, zlokalizowany jest kolejny obszar chronionego krajobrazu - El Fondò-Charca Sur, znajdujący się na liście chronionych terenów podmokłych, objętych Konwencją Ramsarską. Miejsce tworzą liczne laguny, z których dwie największe, zasilane przez wody rzeki Segura - Levante (450 ha) i Poniente (650 ha) zostały stworzone przez człowieka, El Fondò i Salinas Santa Pola, znane były już Rzymianom (Senus Illicitanus), ale swój obecny charakter zawdzięczają naturalnej sedymentacji i celowemu zamuleniu w celu stworzenia nowych terenów uprawnych, co dokonało się w XVII wieku. Ze względu na ograniczony czas odwiedzamy jedynie południową część laguny Levante, na której głębszych wodach, porośniętych słonowodnymi szuwarami i bagnem, zadomowiły się niesamowicie atrakcyjne kaczki - sterniczki, dla których El Fondò to jedna z dwóch najważniejszych ostoi na Świecie. Dzięki zamaskowanemu stanowisku do obserwacji udaje nam się zaobserwować aż 17 osobników tego gatunku - w tym dziesięć samców - a ponadto sporo zauszników, kilka hełmiatek, rybitw białowąsych, flamingów różowych, chwastówek i dwie czaple modronose! Warto było tu zajrzeć!

El Fondò-Charca Sur
El Fondò-Charca Sur
Sterniczki (Oxyura leucocephala)
 Sterniczka (Oxyura leucocephala)
  Sterniczka (Oxyura leucocephala)
Sterniczka (Oxyura leucocephala)


BAEZA 

Przez kolejne cztery godziny od opuszczenia regionu Elche przemieszczamy się na zachód, objeżdżając od południa rozległy masyw Sierra de Segura. Droga jest atrakcyjna sama w sobie - ot, chociażby malowniczy zbiornik Embalse del Negratín, w pobliżu którego wypatruję pierwsze orzełki - ale po męczącym dniu w podróży, wytchnieniem jest dojazd do kolejnej stacji przystankowej - miejscowości Baeza. Miasteczko, położone na trzech malowniczych wzgórzach na prawym brzegu rzeki Guadalquivir, nie jest specjalnie popularną turystyczną destynacją i chyba to dobrze, bowiem zachowuje dzięki temu unikatowy charakter sennej andaluzyjskiej osady. Z pewnością niedocenionej... Baezę spokojnie określić można mianem perły architektury (co zresztą w 2003 roku należycie docenili przedstawiciele UNESCO) - przede wszystkim renesansowej, ale znajdziemy tutaj też liczne nawiązania do starożytnej historii miasta, którego początki sięgają czasów rzymskich, kiedy założona tu została kolonia zwana Baetią. Po upadku Cesarstwa i krótkim epizodzie wizygockim, rządy objęli tu Maurowie, w czasach których Baeza przeżywała okres prosperity. W końcu, na owe czasy niewiele miast poszczycić się mogło 50 tysiącami mieszkańców. W epoce taif (małych państewek powstałych po rozpadzie kalifatu kordobańskiego) Baeza była nawet stolicą królestwa zarządzanego przez emira Al-Bajjasiego, wasala króla Kastylii i Leónu - Ferdynanda III Świętego (1199-1252). Emir aktywnie wspierał króla w jego chrześcijańskiej rekonkwiście. Praktycznie do połowy XIII wieku w mieście znajdowała się siedziba odradzającego się biskupstwa, które ostatecznie zostało przeniesione do Jaén. Baeza przeżyła jednak jeszcze jeden renesans w wieku XVI, kiedy dynamicznie rozwijało się tu budownictwo, założono uniwersytet, rozbudowano katedrę...
Zwiedzając Baezę chyba najlepiej jest porzucić mapę i zabawić się w odkrywcę, spacerując wąskimi uliczkami, z których prawie każda skrywa coś ciekawego. Spacer po mieście rozpoczynamy przy Torre Albarrana (od arabskiego słowa barrani - zewnętrzny). Podobne wieże o kwadratowym przekroju wznoszone były przez Maurów (zwłaszcza za panowania dynastii Almohadów) niemalże wyłącznie na Półwyspie Iberyjskim i pełniły funkcję wież obronnych, połączonych ze ścianą osłonową jedynie za pomocą odłączanego mostka lub pasażu, które podczas oblężeń wystawiane były na pierwszy ogień i w razie zdobycia przez napastników, prędko izolowane. Następnie, nie bez trudu odnajdujemy rzymskie ruiny kościoła San Juana Bautisty, by chwilę później dotrzeć do Plaza Palacio z okazałą renesansową Catedral de la Natividad de Nuestra Señora, wzniesioną w 1593 roku na ruinach meczetu - resztki architektury mauretańskiej zachowały się zresztą w kondygnacji cokołu dzwonnicy i w krużganku. Tuż obok zlokalizowane są, warte uwagi, izabeliński Palacio de los Marquesos de Jabalquinto oraz późnoromański Iglesia de Santa Cruz. Wreszcie, przechodząc pod Puerta de Jaén y Arco de Villalar docieramy do serca miasta - otoczonego pięknymi renesansowymi pałacami niewielkiego Plaza del Pópulo, w którego centralnym punkcie znajduje się fontanna ozdobiona lwami, strzegącymi rzeźbę przedstawiającą iberyjską księżniczkę Imilce - małżonkę Hannibala. Do auta powracamy bulwarowym Plaza de la Constitución, podziwiając jeszcze przed zachodem słońca malowniczą panoramę gajów oliwnych poniżej miasta. Prowincja Jaén słynie z oliwy z oliwek, nazywanej tutaj "płynnym złotem" - wyjeżdżając z Andaluzji koniecznie musicie mieć na składzie przynajmniej jedną butelczynę!

Embalse del Negratín - jedno z ładniejszych miejsc na trasie z Elche do Baeza
Torre Albarrana


Malownicza Calle Sacramento
 Ruiny rzymskiego kościoła San Juana Bautisty (fot. JG)
Catedral de la Natividad de Nuestra Señora

Panorama miasta
Puerta de Jaén y Arco de Villalar
Widok na Catedral de la Natividad de Nuestra Señora od strony północnej
Plaza del Pópulo
Plaza de la Constitución


Plaza de Toros de Baeza i znajdująca się tu arena do corridy

SIERRA ANDÚJAR

W Sierra Andújar byłem już przelotnie podczas swojej pierwszej wizyty w Hiszpanii. Cel, jak wtedy, tak teraz, ten sam - endemiczny ryś iberyjski. Najrzadszy kotowaty świata, którego populację szacuje się na niespełna 500 osobników (z czego około 400 żyje w Andaluzji), pomimo kilku ostatnich obiecujących lat, stale balansuje na granicy wymarcia - przypomnę, że w 1960 roku po obszarze Hiszpanii ganiało jeszcze około pięciu tysięcy tych żywieniowych antagonistów, wyspecjalizowanych w polowaniu na króliki, stanowiących około 90% jego diety! Ubiegłym razem się udało i w oparciu o reakcje miejscowych, była to wielka rzecz - wszystko odbyło się bowiem w myśl starej rzymskiej zasady Veni, vidi, vici i choć mieliśmy na poszukiwania niespełna pół dnia, sukces odnieśliśmy po kilkunastu minutach. Skoro jednak nadarzyła się okazja do ponownego podjęcia tematu, za wszelką cenę chciałem raz jeszcze spróbować szczęścia, choć zdrowy rozsądek sugerował, że wymagam od losu zbyt wiele. Na szczęście nie byłem sam, bo Józia jest prawdziwą "kociarą" i tak oto naszego drugiego dnia pobytu zmierzaliśmy na nocleg w pobliżu Andújar, który zgodnie ze sprawdzonym scenariuszem, zapewnić miał możliwość penetracji terenu skoro świt. W egipskich ciemnościach pokonujemy już ostatnie kilometry trasy, jadąc wprost na "pinezkę" kwatery, która okazuje się mocno nieprecyzyjna, bowiem lądujemy w jakichś krzakach. Stojąc na poboczu, w końcu udaje nam się wywołać przez WhatsUp naszego gospodarza, w komunikacji z którym czuję przewagę swojego hiszpańskiego nad jego angielskim. W końcu przesyła nam nowe współrzędne - to tylko kilka kilometrów krętej drogi na północ. Dojeżdżając do celu nachodzi mnie refleksja, którą wyrażam na głos: Jeśli mamy zobaczyć rysia, to największą szansę mamy właśnie teraz. Ledwie dobrzmiewa echo tej wypowiedzi, kiedy kilka zakrętów dalej niemalże wpadamy na idącego środkiem drogi rysia iberyjskiego, który na nasze nagłe pojawienie się "na jego ogonie" reaguje kilkusekundową stójką w pełnym profilu, zaledwie dwa-trzy metry od naszego auta, prezentując nam najdrobniejsze detale swojego wizerunku... Zdobyłem się tylko na jakąś nienadającą się do druku puentę, po czym wykręciłem się w kierunku tylnego siedzenia, gdzie spoczywał mój aparat. Jednocześnie, musiałem starać się, aby nasze auto dorównywało "kroku" rysiowi, który tymczasem zaczął kontynuować swój marsz w świetle reflektorów. Trwało to wszystko dobre pół minuty, kiedy wreszcie wyszarpałem sprzęt i wystrzeliłem z niego serię nieostrych zdjęć, poprzedzających zejście ze sceny głównego bohatera wieczoru. Oboje jesteśmy tą sytuacją porządnie zamroczeni! Niedługo potem rozlokowujemy się już na kwaterze, wokół której tokują lelki rdzawoszyje i nawołują puszczyki i uszatki - nadal czuję się jak we śnie. To wszystko nie miało prawa się wydarzyć, a jednak piszę o tym teraz w formie dokonanej. Zaczął nam się ten wyjazd z przytupem, nie ma co!

Ryś iberyjski (Lynx ibericus) - dopiero, kiedy ostygną emocje, zauważamy nadajnik na zdjęciu...

Tak po prawdzie, byliśmy już spełnieni, ale... Znacie to uczucie, kiedy apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda? Grafik wycieczki pozwalał nam na niemalże pół dnia obserwacji przyrody górzystych lasów śródziemnomorskich, będących próbką typowego krajobrazu Sierra Morena. Czas ten wykorzystujemy do oporu. Zaczynamy porannym spacerem do zbiornika Embalse del Encinarejo. W mglistej scenerii udaje nam się zaobserwować sporo cierlików, srok iberyjskich oraz zobaczyć i usłyszeć pierwsze dzięcioły iberyjskie (w tym przypadku "zobaczyć" a "usłyszeć" to naprawdę dwa, niekorespondujące ze sobą zjawiska). Naprawdę, cudownie klimatyczny był ten skąpany w rosie i mgle poranek, przesiąknięty śpiewami wierzbówek i słowików szarych, pohukiwaniem dudków i terkotem turkawek. Zanim docieramy do tamy udaje nam się jeszcze dostrzec czaplę purpurową, dzierzbę rudogłową i żołnę, a podczas powrotu do auta uratować spacerującego środkiem drogi raka. Czego chcieć więcej na dobry początek dnia? No, może orła iberyjskiego, który jest przecież flagowym gatunkiem regionu... Jak na razie jednak do doskonałej termiki było jeszcze daleko i na niebie nie widzimy żadnych szponiastych...




 Fot. JG
 Fot. JG
 Fot. JG

 Cierlik (Emberiza cirlus)
 Cierlik (Emberiza cirlus)
 Cierlik (Emberiza cirlus)
 Cierlik (Emberiza cirlus)
Cierlik (Emberiza cirlus)
Dzięcioła iberyjskiego jest zdecydowanie łatwiej nagrać, niż sfotografować... (fot. JG)


 Fot. JG
 Fot. JG
Fot. JG

Czapla purpurowa (Ardea purpurea)
Río Jándula tuż poniżej ujścia do Embalse del Encinarejo
Sroka iberyjska (Cyanopica cooki)
Rak-nieborak... Na szczęście trafił na nas wcześniej, niż na koła samochodu
Znaki ostrzegają przed sytuacją, która spotkała nas ubiegłej nocy...

Wszystko zmienia się, kiedy wracamy na kwaterę. Powietrze nagrzewa się błyskawicznie, ale wraz z tym nadciągają ciężkie burzowe chmury. W okienku przed załamaniem pogody pojawiają się jednak pierwsze "drapole". Nasz gospodarz, Javier, okazuje się być niezwykle gościnny i oprowadza nas po swoich włościach, których częścią jest położony na wzgórzu nieopodal domek letniskowy. na którego murach wygrzewają się nieoznaczone gekony i nad którym przez chwilę pojawia się dorosły orzeł iberyjski! Pięknie! Z okolicznych wzgórz zaczynają zlatywać sępy i w krótkim czasie udaje mi się dostrzec co najmniej pięć sępów kasztanowatych! Jeśli dodać do tego polujące nad głowami jaskółki rudawe, rodzi się obraz idealnej dla mnie sielanki. Chętnie spędziłbym tu dłuższą chwilę, ale burza nie ma zamiaru już dłużej zwlekać - do domu uciekamy na sekundy przed tym, nim otwiera się niebo... Znów mieliśmy szczęście...

Nasza kwatera
Orzeł iberyjski (Aquila adalberti)
Sęp płowy (Gyps fulvus)
Sęp kasztanowaty (Aegypius monachus)
Sępi komin
Na włościach Javiera - ładnie tu!

Deszcz w końcu jednak ustaje i udaje mi się namówić Józię na jeszcze jedną rundę za rysiem - tym razem na dziesięciokilometrowym odcinku dziurawej jak rzeszoto drogi, dochodzącej od południa do zbiornika Embalse del Jándula, na którym świętowałem swą pierwszą "victorię" z tym drapieżnikiem. Chcących poznać teren lepiej, odsyłam do archiwalnego wpisu - teraz zaś dodam tylko, że w temacie rysia naprawdę wszystko jest kwestią szczęścia... Sierra Andújar żegnamy jednak naprawdę ciekawymi obserwacjami (wrończyki, sępy płowe i kasztanowate, góropatwy czerwone, sroki i dzięcioły iberyjskie), po których moja ochota by tu wrócić, jeszcze urosła...


Las śródziemnomorski - w drodze do Embalse del Jándula
Embalse del Jándula
Wieś wysiedlona podczas budowy zapory na Embalse del Jándula
Naszym poczynaniom bacznie przyglądają się łanie...
Potrzeszcz (Emberiza calandra)
Góropatwa czerwona (Alectoris rufa)
Królik europejski  (Oryctolagus cuniculus) - podstawowy suplement diety rysia iberyjskiego

GRANADA

Kto nie widział Granady, ten niczego nie widział - bynajmniej jest to mój wymysł, bowiem tak mówi stare przysłowie hiszpańskie, ale w pełni się pod nim podpisuję. Będąc na andaluzyjskim szlaku, późnośredniowiecznego centrum ostatniego państwa muzułmańskiego na Półwyspie Iberyjskim, po prostu nie sposób nie odwiedzić. A już przynajmniej każdy zobaczyć powinien zobaczyć słynną Alhambrę. Warowny zespół pałacowy, zbudowany w XIII wieku przez Nasrydów i rozbudowany w kolejnym stuleciu, stanowi niewątpliwe arcydzieło architektury arabskiej w Hiszpanii, którą cechuje niezwykłe bogactwo dekoracji wnętrz, m.in. arkadowe galerie kolumnowe, stalaktytowe sklepienia, ściany wykładane płytkami azulejos i barwnymi stiukami z ornamentem oraz malowidła ścienne. W skład potężnego kompleksu obronnego wchodzą m.in. Alcazaba (zamek, najstarsza część Alhambry), Mexuar (miejsce pracy urzędników dworskich i państwowych), dwa dziedzińce z sześcioma bogato zdobionymi salami oraz Pałac Karola V, uważany często za najpiękniejsze dzieło renesansu poza Włochami. Ale tym, co chyba najmocniej sławi Alhambrę na cztery strony świata jest Generalife - rozpościerający się na górnym zboczu Alhambry zespół ogrodowy z pawilonami, który był letnią rezydencją emirów mauretańskich, a obecnie jest jednym z najwspanialszych przykładów islamskiej sztuki ogrodowej. Nic dziwnego, że wjeżdżając do Granady napalony byłem na Alhambrę niemiłosiernie. Lecz zaraz po pierwszej rozmowie z właścicielką naszego motelu, wymierzony nam zostaje siarczysty policzek, który piekł będzie jeszcze bardzo długo:
- Jeżeli nie kupiliście biletów przez Internet, dziś raczej na pewno nie zwiedzicie Alhambry...
Z początku za bardzo tego nie rozumiemy, dopóki nie podejmiemy się próby dokonania zamówienia. Liczba zwiedzających jest limitowana ograniczoną ilością biletów, których i tak każdego dnia sprzedają się tysiące. Najbliższe dostępne wejściówki, umożliwiające zwiedzanie całego kompleksu, są wolne... w sierpniu. Bilety, które pozwalają na zwiedzenie wyłącznie samych fortyfikacji lub ogrodów - za parę dni. Na chwilę obecną możemy zafundować sobie jedynie krótkie nocny spacer "dookoła ogrodów i pałacu Nasrida". Tylko czy po takiej wizycie, będziemy mogli z czystym sumieniem powiedzieć: "Tak, zwiedzaliśmy Alhambrę"? Obawiam się, że spacerując na wyciągnięcie ręki nieosiągalnym i największym atrakcjom kompleksu, cierpiałbym tylko katusze... W dodatku decydując się na szturm wzgórza zamkowego musielibyśmy poświęcić niemal całkowicie zwiedzanie kusząco zapowiadającego się miasta. Oboje uznajemy, że do Granady trzeba będzie wrócić. Bo z tym powiedzeniem to chyba powinno być tak, że Kto nie zwiedzał Alhambry, ten niczego nie widział...
Niewątpliwą zaletą Granady jest fakt, że można ją dość kompleksowo zwiedzić, poświęcając temu kilka godzin - oczywiście nie licząc Alhambry... Pierwsze kroki prowadzą przez typowo handlowe rejony, pełne lokali gastronomicznych, chińskich sklepów, kamienic z kolorowymi muralami i bogatych okien wystawowych. Dopiero, kiedy dochodzimy do Plaza Isabel La Catolica, zaczyna się robić ciekawiej. I coraz bardziej tłoczno. Zbliżamy się do centralnego punktu starego miasta - gotycko-renesansowej katedry Santa María de la Encarnación. Im bardziej zagłębiamy się w Granadę, tym bardziej staje się widoczna dyfuzja kultur Starego Kontynentu i Orientu, która wciąga jak dobry dreszczowiec. Przepych zdobień licznych pałaców i przepięknych kamienic z zacienionymi patio zachwyca na każdym kroku. Spacerując pomiędzy klimatycznymi tawernami i uginającymi się od wszelkich dóbr straganami, poczuć się można jak w Maroku. I gdyby tylko turystów było tu mniej... Niestety, taki już "urok" tak osławionych jak Granada miast...





Plaza Isabel La Catolica
Catedral de Santa María de la Encarnación
Catedral de Santa María de la Encarnación - z klimatem (fot. JG)

Catedral de Santa María de la Encarnación
Catedral de Santa María de la Encarnación



Zwieńczeniem popołudniowej wędrówki uliczkami miasta jest wdrapanie się na Mirador San Nicolás. Tak, wdrapanie się to dobre słowo, bowiem dotarcie na punkt widokowy wymaga pokonania niekończącego się labiryntu krętych i stromych uliczek, lacyków, fontann, kwiecistych patio i typowych dla architektury mudejar domów. Doprawdy, pokonanie tej trasy jest warte świeczki i ma w sobie niesamowity romantyzm. Lecz tak szczerze, bez mapy, nigdy nie dotarlibyśmy do celu! Po kilkunastu minutach mam wrażenie, że znów idziemy tą samą uliczką co parę minut temu, znów przecinamy ten sam plac - a przecież to patio w kamienicy po prawej, to już na pewno fotografowałem! Zbudowane tu domy położone są tak blisko siebie jak pestki w owocach granatu i właśnie do tego nawiązuje nazwa miasta!

Jeden z klimatycznych placyków w drodzę na Mirador San Nicolás
W drodze na Mirador San Nicolás

Jak twierdzą kronikarze, władcy ostatniej dynastii Nasrydów wznieśli Alhambrę jako ukoronowanie swojej sztuki i potęgi, ale nie chcąc przygnębiać tych, których nie stać na przepych, zachowali umiar i skromność na zewnątrz budynku. Mimo wszystko, trochę im jednak nie wyszło... Rzut oka na panoramę Granady, wynoszącą się ponad brudnoczerwone dachówki białych domków oraz Alhambrę wyrastającą z bujnego zielonego kobierca, na tle przyprószonych śniegiem szczytów Sierra Nevady, to chwila, której chyba nie da się wyprzeć z pamięci. Zwłaszcza, kiedy temu doświadczeniu towarzyszą dźwięki prezentowanego na żywo flamenco... Tutaj można w pełni zrozumieć sens cytowanego przysłowia oraz słowa poety Francisco de Icazy: Jeśli spotkasz niewidomego żebraka, to daj mu jałmużnę kobieto, bo nie ma nic gorszego, niż być ślepym w Granadzie...

Pokaz flamenco na Mirador San Nicolás
Pokaz flamenco na Mirador San Nicolás
Panorama Granady z Mirador San Nicolás
Alhambra
Widok na Granadę
Z Alhambrą w tle
Alhambra
Alhambra
Zrobić sobie wspólne zdjęcie na Mirador San Nicolás nie jest łatwo - kolejka jest długa...
Klimatyczne uliczki poniżej Mirador San Nicolás
Klimatyczne uliczki poniżej Mirador San Nicolás

SIERRA NEVADA

Kiedy jesteśmy w Granadzie, magnetyzujące Sierra Nevada - najwyższe góry Hiszpanii (tu znajduje się wysoki na 3478 m. n.p.m. szczyt Mulhacén) - są na wyciągnięcie ręki i wymagają zaledwie kilkunastu kilometrów jazdy na południowy-wschód. Takiej okazji na trekking nie sposób przepuścić i właśnie w ten sposób rozpoczynamy kolejny dzień wyprawy. Z pomocą w zaplanowaniu wędrówki przyszła świetna strona Trek Sierra Nevada, gdzie zaprezentowanych jest kilka gotowych pomysłów na trekking po parku narodowym - posegregowanych w zależności od czasu, jakim dysponujemy, dystansu i skali trudności, wraz z gotowymi trasami w formacie KML. Nasz wybór pada na położony relatywnie blisko, zataczający pętlę 8-kilometrowy szlak na Boca de La Pesca (Rybie Usta). Samochód zostawiamy kilometr poniżej Mirador del Canal de la Espartera, do którego dochodzimy w trymiga, a dalej kontynuujemy przemarsz przyjemną, tylko miejscami stromą ścieżką. Zdecydowanie podoba mi się fakt, że główny nacisk położony jest nie na ostrą wspinaczkę (różnica wysokości na szlaku to zaledwie 400 metrów), a malownicze widoki na wysokie szczyty Sierra Nevada, Trevenque, dolinę Dilar i rozłożoną na równinie poniżej Granadę. Przyrodniczo, wybór terenu również okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim, przez lornetki dość szybko udaje nam się zlokalizować wspinające się po turniach i nagich stromych zboczach rzadkie koziorożce pirenejskie, a po kilkunastu minutach marszu wchodzimy na rodzinkę z czwórką młodych! Warto wiedzieć, że obserwowane przez nas koziorożce należą do podgatunku hispanica, oprócz którego przetrwała jeszcze niewielka populacja podgatunku victoriae, żyjąca na północy kraju. Zamieszkujący Portugalię podgatunek lusitanica wymarł w 1892 roku, natomiast ostatni osobnik podgatunku nominatywnego - pyrenaica, zginął przygnieciony drzewem w 2000 roku. W 2009 roku podjęto pierwszą udaną próbę wskrzeszenia osobnika wymarłego gatunku, kiedy przywrócono do życia kozę podgatunku pyrenaica, jednakże klon zdechł kilka minut po narodzeniu... Skomplikowana sytuacja koziorożca - dziś już hiszpańskiego endemita - spowodowana jest połączeniem czynników, takich jak presja myśliwska, rozwój rolnictwa, pogorszenie stanu siedlisk, a ostatnio choroby wirusowe. Na walory ornitologiczne szlaku na Boca de La Pesca również nie mogę narzekać - lerki, białorzytki rdzawe, wrończyki, cierliki, dzierzby śródziemnomorskie, góropatwy czerwone, dzierlatki iberyjskie oraz pokrzewki kasztanowate i aksamitne stworzyły bardzo atrakcyjny gatunkowo zestaw. Przez chwilę mam nawet impresję osetnika, ale ostatecznie ptaki zlatują w niedostępną dolinę zanim zdążę się do nich przybliżyć i je udokumentować. Na porachunki z tym gatunkiem przyjdzie jednak jeszcze czas...

Sierra Nevada, czyli Góry Śnieżne - nie tylko z nazwy...
Lerka (Lullula arborea)
Nad turniami co chwilę rozlegają się głosy wrończyków (Pyrrhocorax pyrrhocorax)
 Koziorożce pirenejskie (Capra pyrenaica)
 Koziorożec pirenejski (Capra pyrenaica)
 Koziorożec pirenejski (Capra pyrenaica)
 Koziorożec pirenejski (Capra pyrenaica)
 Koziorożce pirenejskie (Capra pyrenaica)
Koziorożec pirenejski (Capra pyrenaica) 
Koziorożec pirenejski (Capra pyrenaica)
Dzierzba śródziemnomorska (Lanius meridionalis meridionalis)




 Białorzytka rdzawa (Oenanthe hispanica)
Białorzytka rdzawa (Oenanthe hispanica)

 Pokrzewka kasztanowata (Sylvia undata)
 Pokrzewka kasztanowata (Sylvia undata)
Pokrzewka kasztanowata (Sylvia undata)





GIBRALTAR

Z Sierra Nevada kierujemy się do Malagi, a następnie turystycznym wybrzeżem Costa del Sol i Morza Śródziemnego zmierzamy w kierunku Cieśniny Gibraltarskiej, kotwicząc ostatecznie w La Línea de la Concepción - naszej bazie wypadowej na Gibraltar. Powód? Nie mamy wykupionego pakietu ubezpieczeń, umożliwiającego nam bezpieczny wyjazd autem poza obszar Hiszpanii -  w tym przypadku, na terytorium brytyjskie. W Gibraltarze byłem już w roku 2014 (zainteresowanych historią, kulturą i tym podobnymi aspektami odsyłam do archiwum) pewnie nie wróciłbym tu, gdyby nie Józia. I w pełni ją rozumiałem. O ile samo miasto, pomimo specyficznego klimatu, nie stwarza aury, za którą się specjalnie tęskni, naprawdę choć w raz życiu warto stanąć na słynnej gibraltarskiej "Skale". "The Rock" jest górą wapienną o wysokości niemal 430 metrów nad poziomem morza, a ze szczytu, na który dostać się można w parę minut kolejką linową, przy dobrej pogodzie widać wybrzeże Afryki oraz długi pas hiszpańskiego nabrzeża. Gibraltarska formacja skalna już od starożytności pełniła istotną funkcję na mapie naszej części świata. Skała była jednym z tzw. Filarów Herkulesa, czyli punktem określającym koniec znanego świata. W czasach średniowiecza znajdował się tu Zamek Maurów, a Brytyjczycy po przejęciu półwyspu stworzyli kompleks długich tuneli i schronów oraz fortyfikacji, które wraz z paroma naturalnymi jaskiniami, dostępne są dziś do zwiedzania. Większa część góry wchodzi dziś w skład rezerwatu Gibraltar Nature Reserve, który zamieszkują m.in. jedyne żyjące na wolności małpy w Europie - makaki magoty, w sile około 250 osobników. I jest to atrakcja, której z pewnością nie wolno sobie odmówić. Makaki towarzyszą nam podczas całego zwiedzania skały - są wszędzie: na stacji kolejki, punkcie widokowym, murkach, zabytkowych bunkrach i asfaltowych drogach dojazdowych. Legendę mówiącą, że jeśli kiedykolwiek małpy znikną z Gibraltaru, Wielka Brytania straci swoją enklawę, cywilne władze traktują bardzo poważnie, systematycznie kontrolując i dożywiając niewielką małpią populację, a jednocześnie egzekwując wysokie kary (500 funtów i więcej...) za dokarmianie gibraltarskich "maskotek".

La Línea de la Concepción - nasza baza wypadowa na Gibraltar
The Rock
Widok ze Skały na miasto Gibraltar
Panorama Cieśniny Gibraltarskiej - po lewej widoczne wybrzeże Afryki
Makak magot (Macaca sylvanus) - niestety niektóre osobniki padają ofiary nieodpowiedzialności turystów...
Z większością makaków dość łatwo się spoufalić...
Za zdjęciami nie warto się uganiać - wystarczy usiąść i poczekać...
Do obecności turystów przywykły też mewy romańskie (Larus michahelis) wysiadujące tuż przy ogólnodostępnych ścieżkach...
Makaki magoty (Macaca sylvanus) wiele czasu poświęcają na wzajemną pielęgnację...
Józi udaje się nawet opanować synchroniczną jogę...
Makak magot (Macaca sylvanus)
Makak magot (Macaca sylvanus)
Makak magot (Macaca sylvanus)
Jeden z makaków zabierał się do swojej zdobyczy tak nieporadnie, że aż musiałem mu udzielić instrukcji prawidłowego odżywiania...
... i chyba się udało :)

Ratusz w Gibraltarze
Gibraltar
O przynależności do Korony Brytyjskiej przypominają m.in. czerwone budki telefoniczne
Jedną z atrakcji Gibraltaru jest też pas startowy lotniska, który za wyjątkiem startów i lądowań samolotów udostępniony jest do ruchu pieszego i samochodowego...

c.d.n.