BIRDAHOLIC TOURS

BIRDAHOLIC TOURS

sobota, 9 grudnia 2017

Islandia, kraina ognia i lodu - IV: W królestwie sokołów i komarów (31 V - 2 VI 2017)

31 V, nad północnym brzegiem jeziora Lagarfljót

Wystarczyło wyjść z auta, żeby zarzucić pomysł drapania się pod Hengifoss. Wieje jak diabli i choć miejscami się przejaśnia, to tempo zmian na mapie nieba każe zakładać, że dwie godziny, które należałoby poświęcić na spokojną wyprawę pod wodospad, skonfrontują nas jakieś kilkanaście razy z krótkim, acz treściwym deszczem, który zamieni nas ponownie w małe, zagubione i stłamszone istoty, jakimi byliśmy wczoraj po wizycie na Jökulsárlón. Nie chcę już do tego wracać, podobnie jak mój aparat, który wieczorem zaczął mieć nawet przebłyski powrotu do normalności - przynajmniej jeśli chodzi o przejrzystość wizjera i ekranu LCD, co zresztą zrekompensował sobie wygięciem osłony przeciwsłonecznej, której praktycznie nie da się jej schować więcej niż w jednej trzeciej. Pozostali są tego samego zdania - darujemy sobie Hengifoss i ruszamy w kierunku Egilsstaðir. Jazda północnym brzegiem Lagarfljót dłuży się niesamowicie dzięki gęsiom krótkodziobym, na których stadka natrafiamy co kilkaset metrów - w sumie widzimy około 50 pasących się na stromych brzegach jeziora osobników. Wczorajsze obawy były nieuzasadnione, aczkolwiek gdyby pominąć w planach północny brzeg Lagarfljót, nie moglibyśmy tego powiedzieć - z niejasnych powodów, gęsi są tylko tutaj. Fotograficzne safari odbywa się przy akompaniamencie głosów droździków, siewek złotych, kulików mniejszych i łabędzi krzykliwych, w fantastycznej scenerii jeziora, którego niesamowite kolory podkreśla jeszcze wychodzące słońce - czegoż chcieć więcej od poranka na Islandii, żeby można go było nazwać udanym?

Poranek nad jeziorem Lagarfljót
Lagarfljót
Gęś krótkodzioba (Anser brachyrhynchus)
Gęś krótkodzioba (Anser brachyrhynchus)
 Gęsi krótkodziobe (Anser brachyrhynchus)
Gęś krótkodzioba (Anser brachyrhynchus)
Gęsi krótkodziobe (Anser brachyrhynchus)
Lagarfljót
Kuce islandzkie - jak one to robią, że są zawsze fotogeniczne?

Leżące w szerokiej dolinie Fljótsdalshérað Egilsstaðir, główne miasto wschodniej Islandii, nie jest zbytnio interesujące (miejscowość powstała dopiero w latach 40-tych XX wieku), ale przyjechaliśmy tu głównie dla poprawy komfortu i skorzystania z basenu, uroków Bonusa i aby wykorzystać miejscowość na parę godzin jako bazę wypadową we wschodnie fiordy. Ponieważ cena za basen wykracza poza granice zdrowego rozsądku (ponad 1000 ISK od osoby, czyli 40- parę złotych...), a sklep otwarty będzie dopiero od 11-tej (no cóż, w końcu środa...), postanawiamy wyskoczyć do oddalonego o 27 kilometrów na wschód Seyðisfjörður. Wyjeżdżając z Egilsstaðir z zachwytem wpatrujemy się w wychodzące po deszczu słońce (w jego istnienie zaczęliśmy powątpiewać), które generuje fantastyczną tęczę. Chwilę później przypominamy sobie jednak, że jesteśmy na Islandii, bowiem wkraczamy w krainę arktycznej zimy, śniegu oraz poważnie ograniczającej widoczność mgły. Mijane przez nas jezioro Heiðarvatn jest praktycznie skute lodem. Po prostu Islandia w pigułce. Mgłę zostawiamy za sobą dopiero pod koniec trasy, kiedy odsłania się przed nami piękno doliny górskiej rzeki Fjarðará, tworzącej liczne wodospady. Przystajemy zresztą na małym parkingu przy ślicznym wodospadzie Gufufoss - warto było przyjąć na siebie dawkę obfitej mżawki, by go zobaczyć.

Tęcza nad doliną Fljótsdalshérað
Droga do Seyðisfjörður - tak, Islandia to kraina kontrastów...
Droga do Seyðisfjörður
Wodospad Gufufoss

Największymi atrakcjami Seyðisfjörður są stare domy i piękny krajobraz. Te pierwsze, skoncentrowane wokół niewielkiego jeziorka Fjarðará, stanowiącego centralną część osady, którą zamieszkuje dziś 730 osób, są pamiątką okresu XIX-wiecznej prosperity, kiedy miejscowość była najważniejszym ośrodkiem rybołówstwa we wschodniej części wyspy - ładne drewniane domy, zostały wówczas wzniesione przez czerpiących niemałe zyski z połowów przedsiębiorców, w większości pochodzących z Norwegii. Ciekawy jest też Bláa kirkjan - pastelowy kościół, słynący z odbywających się tu latem koncertów muzyki klasycznej.  Miejscowość upodobali sobie też artyści oraz islandzka bohema, co wespół z opisywanymi wyżej elementami, nadaje miasteczku szczególnego klimatu i kolorytu. Krajobraz najlepiej jest po prostu zobaczyć - nic dziwnego, że poeta Matthías Jochumsson - autor islandzkiego hymnu Lofsöngur - nazwał miasteczko "perłą ukrytą w muszli". Seyðisfjörður, położone jest u nasady długiego rynnowego fiordu o tej samej nazwie, który z trzech stron otaczają strome wzgórza, m.in. potężne Strandartindur i Bjólfur, dominujące nad portem. Krajobraz jest piękny, ale i groźny, o czym przypomina m.in. pomnik przy ulicy Ránargata, upamiętniający 25 ofiar lawiny, która zeszła na miejscowość w 1885 roku. Fiord stanowił naturalne schronienie nie tylko dla rybaków - w czasie II wojny światowej stacjonowała tu aliancka flota, której okrętom Seyðisfjörður dawał bezpieczną przystań (jednak nie wszystkim, czego świadectwem jest wrak tankowca Grillo, zatopiony w wodach fiordu). Życie sennej osady koncentruje się wokół portu, gdzie z powodzeniem szukamy informacji turystycznej. Tam dowiadujemy się, że basen w Seyðisfjörður czynny jest w godzinach od 6:30 do 9:00, a następnie... od 15:00 do 20:00. Jest chwila po dziesiątej - co za niefart... Sprawdzamy jeszcze portowe akweny, czy nie zaplątał się tam jakiś spóźniony turkan albo uhla pstrodzioba, ale natrafiamy tylko na niezliczone ilości edredonów i fulmarów. Największą ciekawostką jest pojedyncza oknówka, widziana nad jeziorkiem Fjarðará. Dłużej nic tu po nas, wracamy do Egilsstaðir.

Seyðisfjörður - Bláa kirkjan 
Seyðisfjörður - domy nad jeziorkiem Fjarðará
Seyðisfjörður
Seyðisfjörður

Po niezbędnych zakupach w Bonusie (czytaj: Marylandy, chleb i przejaw luksusu - sałatki z tuńczykiem i krewetkami, w których 90% zawartości to majonez) opuszczamy Wschodnie Fiordy i wyruszamy na zachód. Przed nami 140-kilometrowy przejazd "jedynką" - najpierw jedziemy w kierunku północnozachodnim, a następnie przekroczywszy Jökulsá á Brú, południowozachodnim, lewym brzegiem rzeki Jökulsá á Fjöllum (drugiej pod względem długości na wyspie - 206 km). Wspinamy się powoli na płaskowyż Jökuldalsheiði, na wysokość 500-600 m. n.p.m. Dawniej, okolica była zamieszkana, ale od czasu erupcji wulkanu Askja w 1875 roku, teren jest całkowicie wyludniony, a pamięć o mieszkających tu ludziach przetrwała tylko w książkach islandzkich pisarzy, Laxnessa i Gunnarssona. Niesamowita przestrzeń - jakże niesamowici musieli być również ludzi, którzy żyli na tym odludziu.

Egilsstaðir


Jakby ktoś szukał stereotypowego Islandczyka, to mamy jednego :).
Nagle zieleń i wodospady się kończą, a naszym oczom ukazuje się księżycowy krajobraz

Po dawnych mieszkańcach tych terenów pozostało chyba tylko to "krzesło" ;)

Po dziesięciu kilometrach od przedostania się na prawy brzeg rzeki odbijamy w prawo, w drogę o oznaczeniu "F862". Litera "F" sugeruje wprawdzie, że szlak ten będzie przejezdny tylko dla aut z napędem na cztery koła, ale nasze Clio radzi sobie z nim doskonale. Mija trochę dłuższy kwadrans i docieramy na zatłoczony parking, którego widok, na Islandii może zwiastować tylko atrakcję o solidnych walorach estetycznych. Po kilku minutach spaceru kamienną księżycową równiną, dochodzimy nad Dettifoss - najpotężniejszy wodospad w Europie. Przez tysiące lat, rzeka Jökulsá á Fjöllum wyżłobiła w dolnym brzegu rzeki imponujący kanion o szerokości 100 metrów, a jej progi utworzyły wspaniałe wodospady. Szaro-brunatne wody największego z nich spadają z progu o wysokości 45 metrów. Niesamowite miejsce, zwłaszcza przy dzisiejszej fantastycznej pogodzie, kiedy wewnątrz kanionu co chwilę tworzy się tęcza. Po kilometrowym spacerze po malowniczych głazach w górę Jökulsá á Fjöllum, dochodzi się do kolejnej kaskady - Selfoss. Nie jest ona może tak spektakularna (10 metrów wysokości, blado się prezentuje przy atrybutach Dettifoss), ale na pewno bardzo oryginalna, gdyż spada z progu wzdłuż, a nie w poprzek rzeki - ponadto otaczają ją przeurocze klify zbudowane z podłużnych bazaltowych filarów. Żeby podejść bliżej wodospadu trzeba odrobiny gimnastyki, bowiem kamieniami wesoło rozlewa się rzeka. Jest pięknie - i do tego ta totalnie nieislandzka pogoda. Przez chwilę paraduję bez kurtki i czapki i nadal mi gorąco. Już mniej żałuję, że skróciliśmy pobyt na południu - może będziemy mieć dzięki temu więcej satysfakcji z wyjazdu.

Dettifoss
Dettifoss
Dettifoss
Dettifoss
Przystanek z widokiem na Selfoss
Droga do Selfoss

Selfoss

Powracamy do Wielkiej Islandzkiej Obwodnicy, kontynuując jazdę na zachód, by po kwadransie urządzić kolejny przystanek przy chyba najatrakcyjniejszym polu geotermalnym na wyspie - Hverarönd. Mam tu na myśli zarówno różnorodność kolorów, jak i zapachów, które atakują zmysły na rozległym obszarze pełnym gorących źródeł, fumaroli, dymiących kopczyków i basenów błotnych. Wszystko to "gotuje się" w niesamowitej scenerii arktycznej pustyni - stała emisja oparów sprawiła, że ziemia wokół jest dziś na tyle zakwaszona i wysterylizowana, że nie nadaje się do zamieszkania przez żadną z form życia. Mimo to, można by tu spędzić kilka godzin, patrząc na zmieniające się wraz z oświetleniem terenu barwy i odcienie. Nad polem góruje zbocze Námafjall, w którym do dziś zalegają pokłady niewydobytej siarki, którą z Hverarönd pozyskiwano od 1563 roku, aż do XX wieku. Tuż za wyniesieniem drogi, dosłownie po dwóch minutach dalszej jazdy, dociera się do jeszcze jednego ciekawego miejsca, opisywanego jako Blue Lake - przydrożnego jeziorka, wypełnionego jasnoniebieską, fosforyzującą wodą, przypominającą Bláa Lónið. Jego istnienie jest efektem ubocznym procesu wydobywczego ziemi okrzemkowej i filtrowania jej na powierzchni. Jeszcze tylko kilkaset metrów, aż wreszcie naszym oczom ukazuje się miejsce, które będzie spoiwem naszych działań w najbliższych dniach - jezioro Mývatn.

Hverarönd
Hverarönd

Hverarönd
Hverarönd
Hverarönd - miejsce z piekła rodem
Hverarönd
"Blue Lake"
"Blue Lake"

Jedno z największych islandzkich jezior (37 km²) powstało około 35 tysięcy lat temu. Zbiornik leży na uskoku tektonicznym, dzielącym płyty kontynentalne, w stale mocno aktywnym sejsmicznie regionie - wystarczy wspomnieć serię erupcji pobliskiego wulkanu Krafla w dziewięcioletnim okresie pomiędzy 1975 i 1984 rokiem. Większość gór w pobliżu jeziora została utworzona podczas okresu lodowcowego, wskutek erupcji pod lodowcami. W krajobrazie jeziora znajdziemy więc wszelkie formy wulkaniczne: od rozerwanych stożków, przez kolumny i pola lawy po pseudokratery i przede wszystkim setki małych wysepek na tafli zbiornika, z których większość posiada jeden lub więcej własnych kraterów. Płytki akwen (od 2 do 4,5 metra głębokości) charakteryzuje woda o błękitno-zielonym zabarwieniu, co zawdzięcza nasyceniu w składniki mineralne i glony. Mývatn zasilane jest bowiem wodami z podziemnego źródła, zaś z samego akwenu wypływa rzeczka Laxá. Trochę obaw budzić może etymologia nazwy jeziora: z islandzkiego - = komar, meszka + vatn = jezioro, czyli Jezioro Komarów. Obfitość drobnych owadów przekłada się jednak na bogactwo występujących tu ptaków. Od 20 maja do 20 lipca, praktycznie cała północno-zachodnia część terenu w obrębie jeziora (rezerwat Vindbelgjarskagur) jest wyłączona z ruchu turystycznego, aby zapewnić maksymalny spokój gniazdującym tam ptakom. Spośród wielu występujących tu gatunków, obszar ten jest kluczowy m.in. dla sierpca, kamieniuszki, perkoza rogatego, szlachara i lodowca. A taka obfitość ptactwa wodnego powoduje, że Mývatn znane jest jako najlepsze miejsce w Zachodniej Palearktyce do obserwacji największego sokoła świata i symbolu Islandii - białozora. Na samą myśl o tym, przechodzi mnie dreszcz emocji.
Każdy nadjeżdżający ze wschodu, swoją przygodę nad Mývatn rozpoczyna w Reykjahlíð - prowincjonalnym i cuchnącym siarką miasteczku, liczącym sobie 300 mieszkańców. Jest 17:30 i łudzimy się jeszcze na basen - ten owszem znajdujemy, ale w stanie totalnego remontu. Jutro już bezsprzecznie musimy rozpocząć dzień od prysznica, a tymczasem może to i dobrze, że tak rozwijają się wypadki. Chyba zbyt szybko zachłysnęliśmy się dzisiejszą świetną pogodą i zapomnieliśmy o starych islandzkich prawidłach, które mówią: primo - pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie; secundo - korzystaj ze słońca, póki jest Ci dane. Nie marnujmy więc ani minuty dłużej z ostatnich chwil dobrego i ciepłego światła do zdjęć - inaczej, jutro możemy fotografować sierpce i kamieniuszki w ulewnym deszczu. Działać trzeba zdecydowanie - Dawid poleca rozpocząć od południowo-wschodniej części akwenu, gdzie poprzednim razem widział sporo sierpców - "fioletowogłowych" islandzkich kuzynów gągołów, które poza kolorem głowy odróżnia ciemniejszy płaszcz i większy zasięg białego sierpa w okolicy dzioba. Atrakcje wokół jeziora są bardzo dobrze skomunikowane i już po chwili zajeżdżamy na mały parking, skąd prowadzi ścieżka na cypel Höfði. Półwysep od początku XX wieku był konsekwentnie zalesiany i dziś jest bardzo przyjemną zieloną oazą. Przy wtórze bzyczenia komarów ruszamy w głąb zadrzewień. Szlak prowadzi brzegiem niewielkiej zatoki, która z jeziorem połączona jest wąskim "kanałem", zakończonym jeszcze węższym przesmykiem. Zza gałęzi obserwujemy pierwsze świstuny, cyraneczki, ogorzałki, czernice i przede wszystkim sierpce - do szczęścia potrzeba nam tylko bliższego dystansu do zdjęć. Ten, znajdujemy na samym końcu cypla - ptaki, które próbują dostać się w kierunku jeziora, parokrotnie przepływają w bardzo przyjemnej odległości do zdjęć. Ponadto, w miejscu tym kręci się para perkozów rogatych - niestety, najczęściej paradujących pod światło. Wsłuchując się w głosy czeczotek przechodzimy w kierunku północnej części półwyspu i po drodze natrafiamy na większą grupę sierpców, które prezentują nam zachowanie godowe, bardzo zbliżone do "gągolich". Czyli w skrócie: potrząsanie głowami w stylu "góra-dół" i wydawanie z siebie całej gamy niepokojących chrząknięć. Na otwartej tafli jeziora niestety nie udaje się nam wypatrzeć markaczek, które rzekomo mają w tym miejscu gniazdować, ale brak tych ptaków rekompensuje nam niesamowity widok na Mývatn i wystające z wody skalne iglice. Jeszcze bardziej imponujące skamieniałe twory znajdują się na południowo-wschodnim brzegu zatoki z sierpcami, w miejscu o nazwie Kálfaströnd - polecam jak najbardziej, choć o tej porze dnia ptaki na wodzie obserwuje się z tego miejsca pod słońce.


Mývatn - w drodze na cypel Höfði
Świstun (Anas penelope)
Mývatn w rejonie cypla Höfði
Perkoz rogaty (Podiceps auritus)
Sierpiec (Bucephala islandica) i czernica (Aythya fuligula)
Sierpiec (Bucephala islandica)
 Sierpiec (Bucephala islandica)
Sierpiec (Bucephala islandica)

Mývatn - Kálfaströnd

Skoro tak zgrabnie rozprawiliśmy się z sierpcami, powinniśmy jeszcze zdążyć zająć się tematem kamieniuszek. Dotarcie do najlepszego miejsca na te islandzkie kaczki wymaga okrążenia jeziora od południa i dojechania do skrzyżowania Mývatnsvegur (drogi numer 848, która otacza jezioro od wschodu i południa) z Hringvegur (czyli islandzką drogą narodową numer 1). Zdecydowanie najwięcej zdjęć kamieniuszek pochodzi z rejonu znajdującego się tu mostu na rzece Laxá, która jest na tym odcinku ciekiem niesamowicie malowniczym, rwącym i "kaskadującym". Chwilę po zaparkowaniu auta udaje nam się dostrzec parę tych barwnych ptaków, a parę minut później kolejną - kaczki trzymają się jednak z dala od nas, blisko linii brzegowej i ze względu na porę dnia, są już mało aktywne i ewidentnie szykują się do noclegu. Krążąc wzdłuż brzegu wypłaszamy jeszcze jedną parę, która wypływa praktycznie spod naszych nóg i od razu porwana zostaje przez wezbrany nurt rzeki - ciężko powiedzieć kto był tym zajściem bardzo zaskoczony, ale chyba jednak my, bo nikomu z nas nie udaje się odpowiednio zareagować. Przyznaję, że marzyłem o dynamicznym zdjęciu kamieniuszki i sfotografowaniu właśnie takiej sceny, ale jak widzę nie będzie to takie proste. Raczej nie dziś, bo rzeka właśnie pogrąża się na dobre w cieniu.

Rzeka Laxá
Kamieniuszki (Histrionicus histrionicus)

Obserwujemy jeszcze kilka przelatujących nurów rdzawoszyich, szlacharów i łabędzi krzykliwych, po czym przejeżdżamy na południowy brzeg jeziora, który jeszcze doświetlony jest przez słońce. Szkoda marnować czasu - zatrzymujemy się nad pierwszą zatoką, gdzie z obfitości meszek korzysta co najmniej 15 płatkonogów szydłodziobych - światło do zdjęć jest naprawdę fantastyczne. Z tego miejsca świetnie widać też stożek Vindbelgjarfjall (529 m.), górujący nad północno-zachodnią stroną Mývatn. W porywie euforii raz jeszcze powracamy nad Laxá i wychodzi nam to na dobre, bowiem kamieniuszki najwyraźniej postanowiły zażyć jeszcze przed snem trochę ruchu i udaje nam się trochę poprawić zdjęcia - niemniej trzeba tu będzie jeszcze powrócić.

Mývatn z widocznym w tle stożkiem Vindbelgjarfjall
Płatkonogi szydłodziobe (Phalaropus lobatus)
Płatkonogi szydłodziobe (Phalaropus lobatus)
Płatkonogi szydłodziobe (Phalaropus lobatus)
Kamieniuszka (Histrionicus histrionicus)
 Kamieniuszka (Histrionicus histrionicus)
Kamieniuszka (Histrionicus histrionicus)
Nur rdzawoszyi (Gavia stellata)

Tymczasem sami musimy już powoli myśleć o noclegu. Jutrzejszy dzień zacząć chcemy od basenu, a w pobliżu jedyny znajduje się w Laugar, położonym 20 kilometrów na zachód od Mývatn - najrozsądniej będzie więc rozlokować się gdzieś w tej okolicy. Z kolei z Laugar jest już tylko 10 minut drogi do - rzekomo godnego uwagi - wodospadu Goðafoss. Początkowo zakładamy, że uda nam się znaleźć miejsce do spania w pobliżu kaskady, ale po chwili przestajemy o tym myśleć, kiedy w miarę wspinania się w jej kierunku, temperatura na zewnątrz spada do 3 stopni w plusie. Dla Goðafoss warto było się tu jednak pofatygować - szeroki na około 30 metrów i wysoki na 12 metrów wodospad, z którego spadają wody rzeki Skjálfandafljót, zaliczyć należy bezsprzecznie do najładniejszych widzianych dotąd atrakcji. Uroku temu miejscu dodają jeszcze pełne grozy chmury i wisząca nad okolicą mgła. Goðafoss jest jednak nie tylko piękny, ale odkrywa również ważną rolę w islandzkiej historii. Po przyjęciu chrześcijaństwa w 1000 roku, dokonał się tu symboliczny akt nawrócenia, kiedy ówczesny "głosicicel praw", Þorgeir Ljósvetningagoði Þorkelsson, po powrocie z Alþingi, wyrzucił tu do wody posągi pogańskich bóstw. Można by tu jeszcze podumać dłuższą chwilą nad kulisami ówczesnych wydarzeń, ale nie będąc o pustych żołądkach. Wracamy w rejon Laugar (po drodze obserwując jeszcze 17 rycyków podgatunku islandica) i po chwili rozbijamy obóz w przydrożnym nieczynnym kamieniołomie. Po dniu pełnym wrażeń kuskus z pulpetami w sosie glutaminianowosodowym smakuje wybornie - zwłaszcza spożywany przy akompaniamencie głosów siewek złotych, kulików mniejszych i droździków. A do życzeń dobrej nocy, pozostaje tylko dodać życzenie, aby pogoda pierwszego czerwcowego dnia, przynajmniej starała się dorównać tej z ostatniego dnia maja.

Goðafoss
Goðafoss
Dawid ponownie w roli kucharza

*          *          *

1 VI, kamieniołom w pobliżu Grenjaðarstaður

Na szczęście nie trzeba się zrywać o jakiejś pogańskiej godzinie - basen w Laugar czynny jest dopiero od 10-tej, więc z pieleszy możemy się wydostawać bez pośpiechu. Do wyjścia nie zachęcają z pewnością ciemne chmurzyska, które nie zwiastują niestety kontynuacji wczorajszego pogodowego scenariusza... Temperatura też na kolana nie rzuca - chyba, że z zimna. Załączamy czajniczek do zapalniczki i dłuższą chwilę krążymy po Laugar, tylko w celu uzyskania wrzątku do resztek capuccino, które spożywamy na stacji benzynowej. Z przywróconym krążeniem możemy udać się wreszcie na basen, o którym pisać mogę tylko w samych superlatywach. Ciepła i nieskażona geotermalnymi aromatami woda w prysznicach, bardzo przyjemna temperatura w basenie głównym oraz dwóch pozostałych z gorącą wodą, a ponadto czysto, schludnie, z miłą obsługą i nielimitowanym dostępem do gorącej wody, kawy i herbaty - a jeśli ktoś przywiózł swoje, to i kaszek z musli. ;) Ponadto, pływając obserwować można latające nad głową tokujące kszyki, rycyki i kuliki mniejsze, kursujące między żerowiskami i gniazdami rybitwy popielate oraz co rusz to pojawiającego się w pobliskim żywopłocie droździka. Siąpiąca mżawka i porywisty wiatr wydają się tu takie odległe - nic dziwnego, że kiedy opuszczamy ten przybytek rozkoszy, dochodzi trzynasta. Jednak czas w końcu wyruszyć w teren.
Cel nad Mývatn może być już tylko jeden - białozór. Ogromna część (80%) zdobytych współrzędnych obserwacji z ostatnich dwóch sezonów lęgowych, wskazuje jednoznacznie na wschodni brzeg jeziora - przeważnie okolice górującego nad Mývatn wygasłego wulkanu Hverfjall (452 m. n.p.m.) oraz jednej z największych atrakcji rejonu Mývatn, skalnego miasta Dimmuborgir. Ponieważ tajemnicą poliszynela jest, że sokoły gniazdują właśnie w ostatnim z wymienionych miejsc, postanawiamy zacząć właśnie tam. Jako fanowi cięższego brzmienia, nazwa tego obszaru kojarzyła mi się do tej pory jedynie z norweską formacją black metalową - nieprzypadkowo, bo jej członkowie zostali zainspirowani klimatem właśnie tego miejsca. Nic dziwnego - mistyczna kraina stanowi idealną scenerię do opowieści o demonach, albo odprawiania mizantropiczno-satanistycznych rytauałów. Dosłownie, nazwę należy tłumaczyć jako "Czarna Forteca" i przyznać trzeba, że jest to określenie dość trafne. Pokaźny obszar w niezwykły sposób ukształtowanego pola lawy, składa się z przeróżnych wulkanicznych formacji: skalnych filarów, szczelin oraz jaskiń (najbardziej spektakularną jest grota o gotyckim sklepieniu, Kirkjan - czyli "kościół", będąca w stanie pomieścić kilkadziesiąt osób), które muszą oddziaływać na wyobraźnię każdego. Według wczesnochrześcijańskiej tradycji nordyckich ludów, to właśnie tutaj spadł na Ziemię Szatan, po wypędzeniu go z nieba. Inne islandzkie legendy mówią, że jaskinie i łuki Dimmuborgir są bramami piekieł, natomiast Wikingowie wierzyli, iż żyją tu elfy i trolle. Bezsprzecznym faktem jest, że teren został ukształtowany około 2300 lat temu, a pierwotnie był jeziorem lawy, powstałym po erupcji wulkanu Lúdentsborgir - jak również, że pomimo godzinnego spaceru, nie trafiamy na jakąkolwiek obecność białozorów. Nikt nie mówił, że będzie łatwo...

Dimmuborgir
Dimmuborgir

Dimmuborgir
Dimmuborgir
Dimmuborgir
Dimmuborgir

Reagując na niepowodzenie poszukiwań w Dimmuborgir, dłuższą chwilę zamierzamy spędzić w najbliższej okolicy, koło zjazdu do Hverfjall, skąd mamy dobry widok zarówno na jezioro, jak i pola lawy. Po chwili dochodzimy jednak do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu, bowiem warunki pogodowe są chyba najgorsze z możliwych do obserwacji "drapoli". Wiatr napiera z huraganową siłą (ledwo można otworzyć drzwi od auta), a niebo z każdą chwilą zaciąga się coraz gęstszymi deszczowymi chmurzyskami. Spędzamy trzy kwadranse w tych warunkach licząc na cud, ale jednak oczekujemy zbyt wiele. Za chwilę rozpocznie się tu jakiś Armageddon. Szkoda marnować resztkę dnia - jeźdźmy na północ, nad Morze Arktyczne, od którego dzieli nas jedyna godzina. Jak pamiętam z wizyty w Norwegii, klimat wzdłuż wybrzeża potrafił być zgoła odmienny od tego, jaki panował w tym samym czasie 20-30 kilometrów w głębi lądu. Wybór lokalizacji jest prosty: Húsavík - samozwańcza stolica Europy podglądaczy wielorybów, które często wpływają tu do zatoki. Z pogodą możemy tylko zyskać, a ponadto będziemy mieć szansę na rekonesans w biurach oferujących rejsy na walenie (okazji by wypłynąć w morze, na pewno nie odpuścimy). Zanim jednak obierzemy kierunek na północ, odwiedzamy jeszcze znajomy most na rzece Laxá. W genialnej dramatycznej scenerii nieba, udaje nam się wykonać najlepsze jak dotąd zdjęcia kamieniuszek - upór się opłacił i oby tak samo zakończyły się przygody z białozorem. Zaaferowany prawie wpadam do rwącego, wypełnionego głazami potoku - według Dawida zabrakło mi tak pół kroku. Nawet gdybym przeżył w jednym kawałku, nie wiem skąd wytrzasnąłbym suche ubrania na resztę wyjazdu...

Jezioro Komarów w rejonie zjazdu na Hverfjall
Reykjahlíð
Hverfjall
Laxá
Laxá

Przejazd do Húsavík to atrakcja sama w sobie. Przeważnie szutrowa droga, prowadzi przez niebywale urokliwą dolinę Aðaldalur, pokrytą zieleniącymi się polami lawy. Ten pozornie sielski krajobraz jest również niebezpieczny, gdyż teren jest "uszlachetniony" tysiącami szczelin i rowów, w których regularnie gubią się owce, a czasem i ludzie - rolnik Steingrímur Baldvinsson z pobliskiej wsi Nes, spędził w takiej szczelinie trzy dni, zanim został znaleziony przez ekipę poszukiwawczą. Z perspektywy kierowcy samochodu można się jednak zachwycać tym krajobrazem bez żadnego ryzyka - przynajmniej, dopóki nie mijają nas auta, wystrzeliwujące w nasze szyby kanonady kamyczków, mogących zubożyć nas o parędziesiąt euro przy rozliczeniu z wypożyczalnią. Na szczęście takie przygody nas omijają, a spotykają tylko przyjemne epizody, w postaci chociażby wydrzyka ostrosternego czy uszatki błotnej. O godzinie 18-tej oczom naszym ukazuje się wreszcie morze, a po krótkiej jeździe wzdłuż wybrzeża, sam Húsavík. Ten kto napisał, że warto tu przybyć jedynie dla wielorybów, był skończonym ignorantem - miasteczko, liczące około 2300 mieszkańców, jest bowiem dość malowniczo położone, a już na pewno wart odwiedzenia jest klimatyczny port. Dawid rozochocony obfitością i dostępnością firm, oferujących wyprawy w morze, proponuję nawet by zjeść pizzę, w jednym z lokali koło przystani, ale ten ma chwilowo pełne obłożenie. Najsensowniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest chwilowe zaprzestanie myślenia o głodzie i... znalezienie miejsca z widokiem na zatokę. Udaje się tego dokonać kilometr na północ od Húsavík, na małym placyku nad klifami, zaimprowizowanym na wysypisko śmieci. Miejsce może nie wtłacza w serca natchnienia, ale wystarczy stanąć plecami do wspomnianego pobojowiska i czerpać pełnymi garściami z tego, co oferuje natura. A jest z czego: nad morzem krążą gniazdujące na skałach pod nami setki fulmarów, a także rybitwy popielate, piaskowce, edredony, ostrygojady, wydrzyki (ostrosterny i wielki) i sporo innej drobnicy. Nie mija dużo czasu, kiedy wypatrujemy walenie - w sumie, tego magicznego wieczoru widzimy dwie rodziny humbaków (4 + 2 osobniki) oraz 3 delfiny białonose. Wystarczy zresztą podążać za trawersami łodzi towarzystw organizujących wieczorne rejsy - przy okazji możemy się przekonać, że obserwacje podczas nich są naprawdę bliskie! Pomysł o wieczornej migracji do Húsavík okazał się trafiony w dziesiątkę - uniknęliśmy deszczowej nawałnicy i zakończyliśmy dzień z prawdziwym przytupem.

Droga do Húsavík
Port w Húsavík
Húsavík
Nasz punkt na seawatching
Fulmar (Fulmarus glacialis)
Mewa blada (Larus hyperboreus)
Humbak przed dziobem...
... wyciągnie z auta nawet największych zmarzluchów;)

W pół do dziewiątej zjeżdżamy do miasteczka, żeby z przerażeniem skonstatować, że lokale wokół portu są już o tej porze zamknięte... Nici z pizzy. Okazuje się, że klamkę całujemy nawet w bufecie na pobliskiej stacji benzynowej. Islandczykom na pewno nie grozi przepracowanie. O kolację musimy zadbać sami... ale najpierw odwiedzamy jeszcze baseny portowe na południe od głównej przystani, gdzie na noclegowisko gromadzą się mewy. To tutaj tydzień temu obserwowana była mewa preriowa - ptaków jest owszem sporo, ale z ciekawszych widzimy "tylko" osiem mew polarnych. Dla nas to i tak piękna sprawa, więc nie ma co narzekać. Tymczasem i nam pora udać się na noclegowisko - po kilkunastu minutach błądzenia za rogatkami miasta, najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się powrót na miejsce, z którego obserwowaliśmy walenie. Jeszcze tylko szybka kolacja, która pachnie już śniadaniem i układamy się spać - z widokiem na morze i wieloryby. I w tym jednym momencie wyprawy - pomimo postoju na ponurym śmietnisku i gnieżdżenia się z trudem w śpiworach - nasze Clio bije na głowę wszystkie hotele na Islandii!

Mewy polarne (Larus glaucoides) w porcie Húsavík


*          *          *

2 VI, Húsavík

Tylko jeden atrybut naszego miejsca noclegowego, przebił możliwość zasypiania z widokiem na wieloryby - budzenie się z widokiem na wieloryby. Takich chwil naprawdę się nie zapomina. Logicznie, powinniśmy teraz myśleć wyłącznie o porannym wyruszeniu na morze z Húsavík. Tymczasem, już wczoraj podczas przeglądania ofert w portowych biurach, podjęliśmy decyzję o niesztampowym wypłynięciu z sąsiedniego fiordu, z towarzystwem Whale Watching Hauganes. Niższe ceny, możliwość opłacenia rejsu na miejscu, mniejsze jednostki, spokojniejsza fala (rejsy po wąskim i długim fiordzie, a nie notabene otwartej zatoce), lepsza pogoda (jutro niż dziś) większe ilości waleni oraz bliższe zdjęcia z rejsów z ostatnich dni na Facebooku - to wszystko przemawiało na korzyść Hauganes, położonego 125 kilometrów na zachód. Ale to plan na jutro. Dziś z kolei powinniśmy spróbować rozprawić się z białozorem nad Mývatn, na przekór niekorzystnym prognozom pogody. Nie mamy jednak wyjścia - gramy na wyjeździe i musimy dostosować się do warunków boiska, jakie przygotował trudny przeciwnik. Tymczasem jednak rozkoszujemy się porannym seawatchingiem, który przynosi szereg interesujących obserwacji, z których najciekawszych jest osiem lodowców. Z wrażenia, opuszczając parking, czynimy to z otwartym bagażnikiem, na co zwracamy uwagę dopiero przy wyjeździe na asfalt. Wypadł statyw Dawida - jak się okazuje chwilę później, w miejscu, w którym na poboczu leżą kości wieloryba. Przypadek? Nie sądzę! ;)

Powrót nad Mývatn

Kiedy docieramy nad Mývatn staje się jasnym, że do zobaczenia białozora potrzebować będzie czegoś więcej niż szczęścia. Niebo jest w pełni zaciągnięte niskimi chmurami i tylko czekać, aż otworzy się nad nami. Objazdówka wokół jeziora nie ma najmniejszego sensu - musimy zdecydować się na jedną lokalizację, którą spenetrujemy pieszo. Wybór pada na dotąd nieodwiedzony przylądek, wrzynający się w wody jeziora od południa, na wysokości niewielkiej wsi Skútustaðir. Miejsce to znane jest jako Skútustaðagígar i słynie ze skupiska pseudokraterów. Pomimo, iż wyglądem przypominają zwykłe kratery wulkaniczne, nie są nimi - choćby dlatego, że nie posiadają kanału lawowego, stanowiącego ujście lawy i gazów wulkanicznych na powierzchnię. Pseudokratery powstały, gdy lawa zalewa zbiornik z wodą, lub teren podmokły - doprowadzona do wrzenia woda eksplodowała, a przebijając się na powierzchnię poprzez lawę, zdeformowała ją. Gdyby patrzeć na to miejsce przez czerwony filtr, można by się poczuć jak na Marsie. W głąb przylądka prowadzi ścieżka, wiodąca zachodnim brzegiem jeziora Stakhólstjörn, które zachwyca od pierwszego wejrzenia, kiedy na kolana (dosłownie) rzucają nas pływające przy brzegu perkozy rogate i płatkonogi szydłodziobe - oba gatunki występują tu nadzwyczaj licznie. Jedno z gniazd perkoza rogatego znajduje się przy samej ścieżce i aż dziw bierze, że ptak nie jest płoszony przez licznie tędy wędrujących turystów. Idąc w głąb przylądka podziwiamy siewki złote, rybitwy popielate, kszyki, edredony, lodówki, krakwy, szlachary, łabędzie krzykliwe oraz najświetniejsze spośród nich - lodowce. Z początku obserwujemy tylko pojedynczego dorosłego ptaka na środku jeziora, ale po chwili, na naszych oczach dolatuje do niego pięć kolejnych osobników! Świetna obserwacja!

Mývatn
Kszyk (Gallinago gallinago faeroeensis)
Krajobraz z owcami
Perkoz rogaty (Podiceps auritus)
Perkoz rogaty (Podiceps auritus)
Płatkonóg szydłodzioby (Phalaropus lobatus)
Perkozy rogate (Podiceps auritus)
Perkoz rogaty (Podiceps auritus)
Perkoz rogaty (Podiceps auritus)
Skútustaðagígar
Lodowce (Gavia immer)
Skútustaðagígar
Skútustaðagígar

Parokrotnie jeszcze schodzę do parteru dla perkozów rogatów i podczas jednej z takich sesji wzbudza moją uwagę ogólny niepokój wśród ptaków - oglądam się wokół siebie i nagle zauważam... dużego sokoła ściganego przez rybitwy, który po sekundzie od przyłożenia lornetki do oka, znika za wyniesieniem terenu. BIAŁOZÓR!!! Co prawda, obserwacja trwała zbyt krótko żeby dać sobie za nią uciąć cokolwiek, ale przynajmniej mobilizuje nas to do rychłego sprintu na najbliższy pagórek, skąd jeszcze przez chwilę widzimy odlatującego w kierunku Hverfjall dużego barczystego drapola, który - powiedzmy to sobie szczerze, musiał być białozorem. Z tym, że ptaki, które po prostu czymś nie są, a które "musiałyby czymś tym być" wsadza się pomiędzy bajki. Musimy jechać pod Hverfjall! Pędem wracamy do auta, poganiani już nie tylko adrenaliną, ale i deszczem, który właśnie zaczął się nasilać. Po chwili dociera do nas Józia i przysparza nam nie lada dylematu - podczas, kiedy ganialiśmy za sokołem-widmem, na dalszym odcinku ścieżki nie dość, że znalazła dwa oskuby, będące najpewniej dziełem białozora, to jeszcze wykonała świetne zdjęcia pływającego bardzo blisko brzegu lodowca. "A wiecie jak śpiewał? Dużo piękniej niż na nagraniu!" Co robić? Wybierać błądzenie po omacku za niby-białozorem, czy wracać się kilometr w deszczu po dobre zdjęcia nura, do tego niedaleko prawdopodobnego żerowiska sokoła? Białozór, jak białozór - zdjęcia, jak zdjęcia - ale usłyszeć ten śpiew... Wracamy! Szybkim truchtem wymijamy kolejne kolumny turystów, które podążają raczej w odwrotnym kierunku - nic dziwnego, bo deszcz szaleje już na dobre. W końcu mijamy miejsce obserwacji, a nura ani śladu... Faktycznie natrafiamy za to na dwa oskuby: prawdopodobnie cyraneczki i krzyżówki. Droga mija małą farmę owiec i dochodzi w końcu do wybrzeża, gdzie niezłą wyżerkę na pobudzonych deszczem meszkach, mają płatkonogi szydłodziobe i lodówki. Szkoda tylko, że deszcz nie zachęca do jakichś dłuższych sesji fotograficznych - wciąż jeszcze nie przebrzmiały echa usterek aparatu, wywołanych wilgocią w Jökulsárlón... Zawracamy w stronę auta i po około 200 metrach stajemy jak wryci - paręnaście metrów od brzegu pływa lodowiec! Kiedy daje nura, podbiegamy szybko kilkadziesiąt metrów i padamy plackiem na ziemi. Po dłuższej chwili pełnej napięci ptak wynurza się tuż koło nas i... rozpoczyna niezwykłe popisy wokalne! Powiem tak: niech chowają się wszystkie nagrania. Głośny, wysoki, żałośnie upiorny chichot lodowca to coś tak niesamowitego, że po parominutowym spotkaniu z trudem zbieram szczękę z ziemi. Nagle deszcz i błoto przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, czego najwyraźniej nie mogą zrozumieć przyglądające się nam z niewielkiego wzniesienia zdumione owce. Pomimo braku pewnego białozora odjedziemy znad Mývatn w dobrych nastrojach. A białozór? Cóż, przed nami całe zachodnie fiordy, gdzie ich populacja jest również silna - szanse wciąż żyją, a nadzieja umiera ostatnia.

Niepokój wśród krwawodziobów...
Białozór, nie-białozór? (fot. KO)
Lodówka (Clangula hyeamalis)
Lodówka (Clangula hyeamalis)
Owce nie kryły zdumienia naszym wylegiwaniem się w deszczu
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer) - fot. JG
Wymowny obrazek (fot. JG)
Dowód na to, że nazwa jeziora jest jak najbardziej trafna...
Lodówka (Clangula hyeamalis)

Kolejne półtorej godziny spędzamy w drodze na zachód trasą numer 1. Mniej więcej w jej połowie, bo aż do Goðafoss, przez tereny już znajome. Przez kolejne 30 kilometrów przemierzamy niemalże niezamieszkany górzysty obszar, po czym docieramy do najdłuższego fiordu w centralno-północnej Islandii - Eyjafjörður. Po kwadransie przekraczamy go długą mierzeją, która kończy się w Akureyri - uroczej stolicy regionu, która z racji zamieszkiwania jej przez kilkanaście tysięcy osób, cieszy się statusem metropolii (jest zresztą największym poza obszarem stołecznym ośrodkiem wyspy). Już na pierwszy rzut oka uderza duża ilość zieleni, przez co można tu zapomnieć, że jest się na dalekiej północy. Jedynym czynnikiem, który bezwzględnie nam o tym przypomina jest łomoczący po szybach deszcz. Podkreślić jednak trzeba, iż rzeczywiście w Akureyri panuje specyficzny klimat, dzięki czemu założono tu nawet ogród botaniczny. Jadąc główną promenadą odczuwa się namiastkę dużego miasta - jest tu wreszcie nie tylko camping, basen i stacja benzynowa, ale także sklepy, centra handlowe, restauracje, hotele, muzea, teatr, skwery... Od 1987 roku działa tu nawet uniwersytet. Parkujemy w rejonie portu, w którym cumują ogromne transatlantyki i przebiegając pod okapami dachów, kierujemy się do informacji turystycznej, znajdującej się nieopodal, w dużym reprezentatywnym i modernistycznym budynku na planie koła, który pełni rolę Centrum Kultury. Wczorajsza pizza nadal za nami chodzi i chcemy dowiedzieć się, gdzie znaleźć można jakąś w miarę budżetową restauracyjkę, do której dałoby się dojechać autem. Otrzymujemy mapę z trzema zaznaczonymi lokalizacjami - pierwsza z nich, znajduje się nieopodal terminala portowego - zaczniemy od niej. Do auta dobiegamy - leje już na dobre - i kierujemy się w górę ulicy Strandgata. Tam stwierdzamy jednak, że restauracja Bryggjan, najwyraźniej ma przerwę w działalności, skoro pomimo dość wczesnej pory, lokal jest zamknięty. W zasadzie odjeżdżam już dalej, kiedy chłopaki zauważają, że w bocznych oknach budynku widać ludzi. Może jednak zawrócić, dowiedzieć się więcej szczegółów? Zerkam za siebie, ale przez zaparowaną szybę (od początku wyprawy nie działa nam jej ogrzewanie) nie widzę niczego. Boczne lusterka zalane są deszczem, więc wyginam się jeszcze przez chwilę, żeby dojrzeć cokolwiek i kiedy już wydaje mi się, że tyły są wolne, wrzucam wsteczny i wciskam gaz.

Akureyri

Może gdybym miał refleks rewolwerowca, udałoby mi się w pełni zareagować na oszalały w jednej chwili czujnik parkowania, ale wątpię. Hamulec wciskam o chwilę za późno. Mam wrażenie, że huk uderzenia w auto za nami słychać było nad Mývatn... Chyba cała krew odpływa mi z twarzy, kiedy wyobrażam sobie ogrom zniszczeń - no to mamy koniec wycieczki... Pewnie jesteśmy unieruchomieni, a poza tym nie ma to, jak zaliczyć pierwszą stłuczkę w jednym z najdroższych krajów Świata, bez wykupionego ubezpieczenia od wypadków z własnej winy. Na nogach jak z waty wysiadam z auta i w jednej chwili zalewa mnie uczucie niewysłowionej ulgi - tuż za nami stoi podstarzałe osobowe Volvo, na którym nie ma śladu po stłuczce! Zerkamy na tył naszego Clio - poza półcentymetrowym wgnieceniem na zderzaku, nic się nie stało! Innego zdania jest jednak brodaty Wiking z Volvo, który po chwili pojawia się z metrem i próbuje zasugerować nam, że wgnietliśmy jego karoserię, przy czym wskazuje na nieznacznie pofałdowaną blachę nad chłodnicą. Fizjonomia naszych pojazdów jednak to wyklucza. Tłumaczymy, że jest to unlogical, lecz Wiking walczy nadal i zmierza w swoich przekonaniach w bardzo nieprzyjemnym kierunku - na pewno doszło do niewidocznych gołym okiem uszkodzeń pod maską. Znów robi mi się słabo, bo wyobrażam sobie konsekwencje wezwania policji i powiadomienia wypożyczalni. Islandczyk podnosi maskę i oczom naszym ukazuje się obraz nędzy i totalnego zaniedbania - odstające klemy, skorodowane okablowanie, brud i kurz... To nasza brzytwa, której zamierzamy się uchwycić. Przecież w tym aucie już wszystko musi być uszkodzone - i to od dawien dawna - wyrzucam w akcie rozpaczy. Deliberujemy jeszcze parę minut, przy czym nasz adwersarz wyraźnie mięknie, by chwilę później skonstatować, że "i tak nie lubi tego auta", po czym... życzy nam wszystkiego dobrego i odjeżdża... Kamień spada mi z serca. Pewien Polak, z pewnej stacji benzynowej na zachodzie, opowie nam kilka dni później historię swojej znajomej z Anglii, która rozbiła zderzak wypożyczonego auta na Islandii - na pokrycie szkód nie starczyła jej angielska wypłata... Kiedy sprawdzam regulamin wypożyczalni okazuje się, że w wypadku podobnych szkód musielibyśmy pokryć sumę... 15 tysięcy złotych. Nagle przypominają mi się wszystkie ślimaki przeniesione z drogi na pobocze i leżące na skorupach chrząszcze, którym pomogłem stanąć na nogi. Karma właśnie do mnie wróciła, bo inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć...  Nawet nie wiem, kiedy i jak dojeżdżam do jakiejś restauracji - z odrętwienia wyciąga mnie nagle zapach pizzy i śmiech towarzyszy, a do głowy przebijają się dziwnie nierealne słowa Dawida, o potwierdzonym jutrzejszym rejsie. Chyba za mocno uległem przekonaniu, że nasza wyprawa już się skończyła - tak samo, jak skończyły się przyjemności, a zaczną się kłopoty. Jednak nie ma sensu tego rozpamiętywać - pora wrócić na ziemię. Jesteśmy dopiero w połowie wyjazdu.
W Akureyri planowaliśmy jeszcze zwiedzić ogród botaniczny, ale jakoś nie mamy nastroju do chodzenia w deszczu - wystarczająco zmokłem rozprawiając w samym polarze, ze "stukniętym" Wikingiem. Przed wyjazdem odwiedzamy jeszcze centrum handlowe, w którym znajduje się Bonus. I oczywiście co? Zamknięte! O godzinie 18-tej, w czwartym największym mieście kraju. Szczęśliwy naród. Skoro nie mamy tu już czego szukać, pozostawiamy za sobą traumatyczne Akureyri i kierujemy się na północ, zachodnim brzegiem fiordu - początkowo drogą numer 1, a po osiągnięciu rzeki Horgá, drogą numer 82. Po 21 kilometrach jazdy doliną Horgá skręcamy w prawo i dojeżdżamy nad brzeg Eyjafjörður, w miejsce, gdzie przycupnęła malutka portowa osada - Hauganes. Jesteśmy tu w zasadzie tylko w celach rozpoznawczych - stąd wyruszymy jutro na wieloryby - niemniej przyjazd opłacił się również z powodu ciekawych obserwacji, m.in. czterech rodzinek edredonów z pisklętami, fulmarów, mewy polarnej i wydrzyka ostrosternego. W rejonie miasteczka co chwilę natrafiamy na pardwy górskie, co cieszy nas przede wszystkim dlatego, że to jeden z głównych suplementów diety białozora. W międzyczasie Dawid proponuje, żeby dzisiejszy dzień zakończyć podobnie jak poprzedni - obserwacjami waleni. Rzut oka na mapę skłania nas do przejazdu do Dalvík, gdzie wody fiordu zwężają się pomiędzy stałem lądem, a wyrastającą pośrodku Eyjafjörður wyspą Hrísey - jeśli wieloryby zapędzają się aż tutaj, powinniśmy namierzyć je bez problemu. Hrísey znana jest też jako główne lęgowisko pardwy górskiej, więc wszystko się pięknie łączy. Po drodze do Dalvík namierzamy ponadto przytulny kamieniołom z lęgowymi krwawodziobami i sieweczkami obrożnymi, który ogłaszamy naszym dzisiejszym hotelem.

Port w Hauganes
Wydrzyk ostrosterny (Stercorarius parasiticus)
Edredony (Somateria mollissima)
Widok z naszego dzisiejszego "hotelu" w kierunku Dalvík

Dalvík okazuje się być cichą, spokojną i pięknie położoną u podnóża ośnieżonych szczytów miejscowością, w której aż chciałoby się zamieszkać - co w zasadzie dałoby się powiedzieć o większości osad nad islandzkimi fiordami. Co jednak wyróżnia Dalvík to całkiem rozwinięta infrastruktura socjalna: znajdziemy tu szkoły, przedszkole, bibliotekę, obiekty sportowe, kawiarnie, a wszystkie domy ogrzewaną są tanią jak barszcz energią geotermalną. Pięknie byłoby tu spędzić emeryturę. Dawniej był to typowy obszar rolniczy, ale wraz z odkryciem zasobnych łowisk, miasteczko rozwinęło się w dość istotny ośrodek rybołówstwa, z którego po dziś dzień utrzymuje się większość mieszkańców. Zatrzymujemy się - gdzieżby indziej, jak nie w porcie. Podczas gdy Dawid z Krzyśkiem zajmują się wypatrywaniem wielorybów, z Józią oglądamy przyciągające uwagę statki-przetwórnie cumujące przy głównym nabrzeżu... a przy okazji obserwujemy edredony, fulmary i mewę trójpalczastą, która na chwilę przysiadła na latarni nad naszym autem. Ptasio Dalvik nie natchnął - do wymienionego składu dodać można jeszcze siewki złote, rycyki, krwawodzioby i kuliki mniejsze, ale z pewnością nie żałuję wizyty tutaj. Chwilę przed 21, powracamy na wybrane miejsce noclegowe, teraz dopiero zauważając, że kamieniołom otoczony jest pięknymi połaciami łubinu, które pięknie korespondują z bielą wyłaniających się w tle szczytów - ładne miejsce! I to chyba krajobraz natchnął nas do zastosowania jeszcze jednego rozwiązania, które w znaczny sposób poprawi komfort naszych noclegów. Obok auta rozstawiamy uszkodzony namiot - na tyle, żeby ukryć w nim torbę z jedzeniem, która zajmowała dotąd połowę tylnej kanapy auta. Jeszcze tydzień w takich warunkach i osiągniemy survivalową perfekcję!

Port w Dalvík
Port w Dalvík
Port w Dalvík
Ładne miejsce wybraliśmy na nocleg?

Nasz hotel i świeżo zaimprowizowana spiżarnia - fot. KO

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz