BIRDAHOLIC TOURS

BIRDAHOLIC TOURS

sobota, 22 października 2016

Gruzja i Armenia - III: W śniegach góry Aragats (6 V 2016)

Ashtarak, 6 V 2016

Podczas naszego pierwszego dnia pobytu na ptakach w Armenii, kluczową rolę miał odegrać poranny wypad pod górę Aragats. który miał nam dać, jedyną podczas wyprawy, szansę na płochacza pstrego oraz jedną z niewielu na irankę. Po południu zaplanowaliśmy przejazd do Erywania, gdzie o godzinie 16-tej miało dojść do spotkania z panią Hasmik - wysłanniczką Karena Aghababyana, z którym przed wyjazdem ustalaliśmy warunki wydania nam zezwoleń na zwiedzanie kompleksu stawowego w Armash (pojutrze). Po drodze powinniśmy zdążyć odwiedzić malowniczo położony monaster w Saghmosavank. Ze stolicy czekał nas około dwugodzinny przejazd do miejscowości Ararat - naszej przystani na najbliższe trzy dni - z "międzylądowaniem" w Garni, której główną atrakcją jest kompleks starożytnych zabudowań. Jak przyrodniczo, tak krajobrazowo, zapowiadał się ciekawy dzień. 
Pomimo faktu, iż Aragats jest najwyższą górą Armenii, a nawet całego Małego Kaukazu (4095 m. n.p.m.), a jego sylwetka wyraźnie dominuje nad zachodnią częścią kraju, nie znajdziemy go na pocztówkach, pamiątkach, ani w folderach turystycznych. Niezaprzeczalnym symbolem kraju, którego wizerunek widnieje z kolei wszędzie, jest Ararat (5165 m. n.p.m.) - święta góra Ormian (ponad 90% terytorium Armenii znajduje się powyżej 1000 m. n.p.m., więc nic dziwnego, że góry otacza się tu taką czcią), która jednak w wyniku decyzji politycznych zachodnich mocarstw z 1923 roku, znajduje się na terenie wrogiej Turcji. W dużym telegraficznym skrócie - górę przekazano Turcji w zamian za wprowadzenie przez Kemala Ataturka świeckości państwa tureckiego... Ale o Araracie napiszę więcej w kolejnym odcinku. Wzgardzony Aragats to wygasły wulkan, posiadający cztery wierzchołki, z których najwyższą wysokość osiąga północny. Planujący wspinaczkę na szczyt, dostać się muszą do jeziorka Kari Licz (3207 m. n.p.m.; ponad kilometr obwodu... czyli nie znowu takiego "jeziorka"), dokąd prowadzi około 23-kilometrowa kręta asfaltowa droga ze wsi Antarut. Szczęśliwie, większość zdobytych przeze mnie miejscówek na płochacze i iranki znajduje się właśnie przy tej przejezdnej trasie. Podróż do Antarut z Ashtarak zajmuje nam niecałe pół godziny, a w drodze towarzyszy nam kapitalny widok na Ararat oraz pierwsze obserwacje interesujących ptaków: odpoczywających na liniach niskiego napięcia pasterzy, krasek i trznadli czarnogłowych.

Armeńskie śniadanie - śmietana i konfitury domowej roboty
Marian w rozmowie z naszym gospodarzem z Ashtarak: A etu pticu znajesz?
W drodze pod Aragats - w tle nieśmiało majaczą oba szczyty Araratu
Pasterze (Pastor roseus)

Za Antarut droga zaczyna się wspinać (już jesteśmy na wysokości 1700 m. n.p.m.) i prowadzi przez suchy trawiasty pagórkowaty krajobraz, usiany setkami kamieni i głazów oraz kępami jałowców. Gdyby nie tworzące tło łagodne ośnieżone wzgórza, przywodzące na myśl Varanger, można by się poczuć jak w Grecji, czy Hiszpanii. Pokonujemy jeszcze 8,5 kilometra, dzięki czemu droga wynosi nas na ponad 2200 metrów wysokości względnej - to już optymalna wysokość dla płochacza pstrego (iranka gniazduje zwykle powyżej 1000 metrów). Po wyjściu z auta, naszych uszu od razu dobiega śpiew iranki - po chwili namierzamy pierwszą parę. Podczas półgodzinnej penetracji okolicy znajdujemy jeszcze parę nagórników przy gnieździe, trznadle czarnogłowe, wierzbówkę, ortolany, głuszki, lerki oraz drozda obrożnego, ale żadnych płochaczy. Spróbujemy nieco wyżej.


Lerka (Lullula arborea)
Nagórnik (Monticola saxatilis)
Biotop iranki i nagórnika
Biotop iranki i nagórnika
 Iranka (Irania gutturalis)
 Iranka (Irania gutturalis)
Iranka (Irania gutturalis)
Skowronek (Alauda arvensis)
 Trznadel czarnogłowy (Emberiza melanocephala)
Trznadel czarnogłowy (Emberiza melanocephala)

I wystarczyło spróbować dwa zakręty i kilometr dalej - co najmniej dwa płochacze pstre są tu doskonale słyszalne drogi! O ile wypatrzenie ptaka nie stwarza większych problemów, gorzej jest z jego udokumentowaniem - informacje, jakoby miał być żwawy, ruchliwy i rzadko pozostający w jednym miejscu, nie są wcale przesadzone. Po kwadransie podchodów jakoś się to wreszcie udaje, a przy okazji lokalizujemy dalszą parę iranek i nagórników. Okolica rozbrzmiewa śpiewami lerek i siwerniaków, a kontrola okolicznych wzgórz za pomocą lunetą przynosi nam obserwację dorosłego orłosępa oraz myszołowów wschodnich. Gołym okiem widać za to ruiny VII-wiecznej twierdzy Amberd, która swój obecny kształt zawdzięcza wizycie Mongołów z 1236 roku.

 Płochacz pstry (Prunella ocularis)
 Płochacz pstry (Prunella ocularis)
 Nagórnik (Monticola saxatilis)
Nagórnik (Monticola saxatilis)
Ruiny twierdzy Amberd

Za kolejnym zakrętem drogi znajdujemy najlepiej współpracującego i ostatniego płochacza pstrego oraz samca kląskawki syberyjskiej. Po dotarciu do linii 2500 m. n.p.m., krajobraz zaczyna się zmieniać wyraźnie z każdymi pokonanymi 100 metrami w górę - ubywa roślinności, przybywa kamieni i śniegu. Zdecydowanie spada temperatura. Przystanki na krótsze, lub dłuższe piesze wycieczki, urządzamy praktycznie co chwilę, choć sporo ptaków udaje się też wypatrzeć z auta. Zanim wjedziemy na dobre w strefę śniegu udaje nam się zobaczyć m.in. kilka nagórników, gadożera oraz liczne kopciuszki, białorzytki, podróżniczki podgatunku magna, rzepołuchy "tureckie" (podgatunku brevirostris) oraz siwerniaki podgatunku coutelli. Marian doczekuje się wreszcie swoich upragnionych górniczków "jasnogłowych" podgatunku penicillata - w sumie na trasie do jeziora znajdujemy 6 osobników. Wrażenie robią też górskie polany przykryte fioletowym dywanem krokusów lub rozciągające się po horyzont połacie modrych, pięknie pachnących puszkini cebulicowatych.

Biotop płochacza pstrego i kląskawki syberyjskiej
 Płochacz pstry (Prunella ocularis)
 Płochacz pstry (Prunella ocularis)
 Płochacz pstry (Prunella ocularis)
Kląskawka syberyjska (Saxicola maurus)



Puszkinie cebulicowate (Puschkinia scilloides)
Puszkinie cebulicowate (Puschkinia scilloides)
 Nagórnik (Monticola saxatilis)
 Nagórnik (Monticola saxatilis)
 Nagórnik (Monticola saxatilis)
Podróżniczek (Luscinia svecica magna)


Wszędzie krokusy...
Wszędzie krokusy...

 Siwerniak (Anthus spinoletta coutelli)
Górniczek "jasnogłowy" (Eremophila alpestris penicillata)

Aż docieramy do linii śniegu...  Jak na każdym odsłoniętym i znacznie przewyższającym okolice masywie, również w tym rejonie pogoda jest bardzo zmienna: krajobraz ni stąd, ni zowąd, spowijają chmury, a wierzchołek Aragatsu znika we mgle. Obserwujemy jeszcze tylko dwa przelotne trzmielojady, a potem już długo, długo nic. Śniegu zalegającego na poboczu jest coraz więcej, aż w końcu jedziemy już śnieżnym korytarzem, którego zwieńczone soplami ściany mają wysokość - z początku półtora-dwóch, a na końcowym odcinku czterech metrów! W takich warunkach dojeżdżamy do "Kamiennego Jeziora" (z arm. kari - kamień, licz - jezioro), które powinno się raczej nazywać "Zimowym" - bardziej, niż bylibyśmy tego pewni, domyślamy się gdzie znajduje się przykryta lodem i śniegiem tafla Kari Licz. Powstrzymując szczękanie zębów rozglądamy się po okolicy zabudowań wokół jeziora - znajduje się tu budynek meteostacji, instytut promieniowania kosmicznego, a także hotel/restauracja - robimy sobie nadzieję na śnieżkę, ale jedyną odkrytą przez nas formą życia jest osamotniony płochacz halny. Przyroda obudzi się tu dopiero za miesiąc. Wracajmy już w cieplejsze rejony.














Płochacz halny (Prunella collaris)


U podnóża Aragats przemarzliśmy na tyle, że podczas zjazdu, nie w głowach nam przystanki. Zatrzymujemy się na chwilę dopiero w miejscu, gdzie widzieliśmy pierwsze iranki, ale tym razem ich wypatrzenie nie jest już takie łatwe - jest południe i ptaki są o wiele bardziej skryte, Mniej więcej w dwóch trzecich przejazdu do Antarut odbijamy w lewo w 12,5 kilometrową drogę do Artashavan i głównej trasy M3 na Erywań. Nie licząc końcowego odcinka, droga jest niezabudowana i tylko sporadycznie mijamy namioty, zamieszkujących tę okolicę jazydzkich pasterzy. O Jazydach, którzy wykształcili własną religię, z pewnością warto napisać kilka słów. Jazydyzm łączy elementy islamu, chrześcijaństwa nestoriańskiego, pierwotnych wierzeń indoirańskich, kurdyjskich oraz judaistycznych - niezły miszmasz. Jego wyznawcy wierzą, że wywodzą się od najstarszego potomka Adama, a cała reszta ludzkości od jego młodszych potomków - z tego powodu uważają się za naród wybrany przez Boga. Jazydzi praktykują m.in. modlitwę pięć razy dziennie z twarzą skierowaną w stronę słońca, oddawanie czci świętym drzewom, składanie byków w ofierze, chrzest, wypowiadanie szahady do ucha niemowlętom oraz reinkarnację, podczas której następuje stopniowe oczyszczanie, przez co piekło jest zbędne. Wiernym zakazane jest jedzenie niektórych potraw np. sałaty (prawdopodobnie wskutek podobieństwa jej nazwy do imienia jednego z aniołów) i noszenie ubrań w kolorze granatowym, a kobietom dodatkowo ścinanie włosów. Uznają Abrahama i Mahometa za proroków, natomiast Jezusa za anioła pod postacią człowieka. Czcią otaczają Biblię i Koran, a także planety, w tym Ziemię, którą szanują do tego stopnia, że surowo zakazują plucia, aby jej nie zbezcześcić. Przez wielu uważani za wyznawców szatana (zupełnie przypadkiem, jedno z imion czczonego przez Jazydów anioła Malak-Tausa to Shaytan), doświadczyli od innowierców - jak sami wyliczają - 72 masakr.



Jazydzcy pasterze

Kilka kilometrów przed Artashavan mijamy ostrzelany wrak polskiej "Nyski" - nawet nie chcę wnikać, co tu się wydarzyło. Ciekawy obiekt znajduje się tuż przed wyjazdem na M-trójkę: pomnik ormiańskiego alfabetu. Od ponad szesnastu stuleci Ormianie posiadają własne pismo alfabetyczne, które opracowane zostało pomiędzy 392 a 406 rokiem przez duchownego i uczonego Mesropa Masztoca. Przez wieki zawierające 36, a obecnie 39 liter (trzy dodano między X a XII w.) pismo, oparte jest głównie na wzorach greckich oraz częściowo na pahlawi, jednym z alfabetów używanych dawniej w Persji. Dla nas są to szlaczki, z których nie jesteśmy w stanie pojąć niczego.

Ostrzelany wrak polskiej "Nyski"
Pomnik ormiańskiego alfabetu

Po dotarciu do drogi głównej skręcamy w prawo, by za 2,5 kilometra ponownie odbić w lewo. Pięć minut później droga kończy się we wsi Saghmosavank. O rzut kamieniem z parkingu znajduje się XIII-wieczny (1215-1221) monastyr, usytuowany malowniczo nad stromym wąwozem, wyrzeźbionym przez nurt rzeki Kasagh. Jest to jeden z kilku kompleksów klasztornych (najbardziej znany jest ten w Hovhannavank) wzniesionych nad wąwozem przez księcia Vache Vachutyana - obiekty, górujące nad okolicą, służyły również jako system wczesnego ostrzegania przed najazdami - ogień rozpalany na wieżach świątyń, widoczny był kilkanaście kilometrów dalej. Z klasztorem związana jest ciekawa legenda: W XIV wieku Persja, Irak, Zakaukazie, Indie i tereny Złotej Ordy podbite zostały przez mongolskiego władcę Tamerlana. Nie oszczędzona została również Armenia: ludzie byli mordowani bądź brani w jasyr, ich domy palone, dobytek rabowany. Zagrabione zostały nawet kościelne manuskrypty, zawierające historię narodu ormiańskiego. Niedługo po dokonaniu podboju, Tamerlan zapadł na ciężką chorobę, której nikt nie potrafił zdiagnozować. Kiedy w oczy najeźdźcy zajrzało widmo śmierci, obiecał, że spełni jedno życzenie tego, który przywróci mu zdrowie. Z lekarstwem zgłosił się kapłan z klasztoru w Saghmosavank. Warunkiem uzdrowienia były jednak zwrot skradzionych pergaminów i uwolnienie tylu jeńców, ilu zdołają pomieścić mury monasteru. Tamerlan przyrzec musiał ponadto, iż zarówno on, jak i jego armia, opuszczą na zawsze Armenię. Wódź Mongołów przystał na te żądania, a armeński kapłan wyleczył go za pomocą modlitw, tajemnych ziół i zaklęć. Następnie Tamerlan zwrócił bezcenne manuskrypty i zaczął organizować powrót jeńców. Więżniowie udawali się do klasztoru, jeden po drugim. Wchodziły ich tam kolejne dziesiątki, a następnie setki i tysiące. Tamerlan wpadł we wściekłość - nie mógł uwierzyć, że tak mała świątynia pomieścić może dziesiątki tysięcy ludzi. Był przekonany, że musi opuścić Armenię, zanim jego armię dotkną inne katastrofalne cuda. Do klasztoru zmieściło się 70 tysięcy jeńców. Kapłan Saghmosavank miał ich zamieniać w gołębie, które wypuszczał następnie przez wąskie okna monasteru. Te odlatywały daleko w góry i zamieniały się w ludzi dopiero po przystaniu na swoich domach. Armenia była znów spokojna i wolna. Jak w każdej legendzie i w tej jest przynajmniej ziarno prawdy - Tamerlan istniał naprawdę i rzeczywiście najechał Armenię. Do faktów niepodważalnych zaliczyć należy z kolei polujące nisko nad wąwozem jerzyki alpejskie. Kiedy wracamy do auta mijamy grupkę dzieci, niosących kwiaty i przystrojone koszyczki oraz śpiewających piosenkę, w której cyklicznie powtarza się sformułowanie, dające się zapisać jako dziandziulu dziandzial. Jak w końcu ktoś nam wytłumaczy (podobną scenę zobaczymy jeszcze parokrotnie), jest to pieśń dziękczynna dla przyjaciół.

Klasztor w Saghmosavank







Marian-edukator

Dziandziulu dziandzial!
Wąwóz Saghmosavank

Zbliża się czternasta - czas ruszać do Erywania. Pojutrze planujemy zwiedzanie stawów w Armash, jednego z najciekawszych ornitologicznie miejsc w kraju, a nie będzie to możliwe bez pomocy naszych armeńskich kolegów. Zawczasu skontaktowaliśmy się z Karen Aghababyanem - znanym i szanowanym w Armenii biologiem, który chętnie wspiera wszystkich, mogących przyczynić się do popularyzacji przyrody jego kraju. Aby Karen mógł dopełnić niezbędnych formalności musimy przekazać mu kwotę 120 dolarów oraz kserokopie naszych paszportów i w tym celu o 16-tej dojść ma do spotkania na stołecznym Placu Republiki, z jego współpracowniczką - Hasmik. Po pół godzinie drogi od wyjazdu z Saghmosavank, witają nas przedmieścia Erywaniu. Jako pierwsze danie zaserwowane zostają nam takie same ponure i szare blokowiska jakie "zdobią" sporą część Tbilisi. Nie należy jednak śpieszyć się z oceną, bo w miarę zagłębiania się w miasto, otwiera się przed nami jego nowe, lepsze oblicze.


Przedmieścia Erywania
Erywań
Typowy dla tej części Świata, architektoniczny misz-masz

Erywań to jedyny w górzystej Armenii prawdziwie wielkomiejski ośrodek, z szerokimi arteriami, wysoką zabudową i korkami na ulicach. Mieszka tu ponad 1/3 populacji całego 3,5 milionowego kraju. Abstrahując od ponurego i brzydkiego krajobrazu peryferiów, śródmieście Erywania ma europejski charakter. Kamienice i domy mieszkalne sprawiają wrażenie, jakby faktycznie miały służyć więcej niż jednemu pokoleniu. Aleje z wystawnymi sklepami, eleganckimi kawiarniami i zadbanymi skwerami, nowoczesne samochody i dobrze ubrani mieszkańcy, tworzą klimat zgoła odmienny od tego, panującego w stolicy Gruzji, przywodzący raczej na myśl Paryż czy Wiedeń. Samo centrum w dużej mierze zostało zbudowane z lokalnego tufu wulkanicznego o charakterystycznym, różowawym zabarwieniu - również z tego powodu nie uderza po oczach powszechna szarość wszystkiego wokół, a Erywań (nazywany "Różowym Miastem") jest zdecydowanie najbardziej kolorowym miastem w stylu socjalistycznym. Nawet na ulicy panuje większy porządek - kierowcy przynajmniej starają się trzymać swoich pasów i jeździć względnie przepisowo - co nie zmienia faktu, że najlepiej w ogóle nie wjeżdżać tu samochodem :). W stolicy jesteśmy w godzinach szczytu i dość szybko dochodzimy do wniosku, że auto lepiej będzie zostawić gdzieś na obrzeżach ścisłego centrum - również z tego względu, aby uniknąć dodatkowych kosztów. Znalezienie wolnego miejsca graniczy jednak z cudem i jesteśmy ogromnie szczęśliwi za 2,5 metrową szparę w szeregu pojazdów zaparkowanych pod budynkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych - zwłaszcza, że samozwańczy parkingowy obiecuje doglądać naszej Toyoty, nie oczekując w zamian zapłaty (!).

Erywań - budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych

Dwie godziny czasu pozostałe do spotkania, planujemy przeznaczyć na porządny obiad - w pobliskim parku Shahumyan znajdujemy lokal Grace Cafeteria Louge. Miejsca na świeżym powietrzu, jedzenie dobre, ceny jak na centrum stolicy przystępne, a ponadto kelner pomaga nam skontaktować się Hasmik i przekazać jej, że jesteśmy już w Erywaniu i możemy zobaczyć się prędzej w restauracji - będzie u nas za pół godziny, więc zaoszczędzimy trochę czasu. W trakcie obiadu zaczynamy żałować, że nie wybraliśmy miejsc w budynku - zrywa się porywisty wiatr, zaczyna padać, a granat nieba zwiastuje konkretną burzę. Na szczęście pogodowy Armageddon zostaje póki co odroczony. Hasmik przybywa na umówioną godzinę - najwyraźniej czas to dla niej pieniądz, bo całe spotkanie trwa zaledwie kilka minut. Wymiana uprzejmości, pytania jak przebiegła nam dotychczasowo podróż, dopełnienie formalności, zapewnienie, że bez problemu zostaniemy wpuszczeni na Armash... i już znika nam w tłumie wracających z pracy ludzi. Konkretna kobieta, rokuje to dobrze.

Erywań - park Shahumyan
Obiad

Zanim opuścimy Erywań, chcemy choć rzucić okiem na Plac Republiki, który znajduje się bliżej niż przypuszczaliśmy, bo jakieś 250 metrów od naszej restauracji ;). Gdy w 1918 roku Armenia na krótko uzyskała niepodległość, jej stolicę zamieszkiwało zaledwie 20 tysięcy mieszkańców. Prawdziwą metropolią stał się dopiero w czasach radzieckich. Wtedy też doszło do urbanistycznej rewolucji - centrum zostało praktycznie wyburzone, a na jego miejscu powstały zaprojektowane przez inżyniera Aleksandra Tamaniana szerokie arterie i monumentalne gmachy w stylu socjalistycznego klasycyzmu i modernizmu. Żywym pomnikiem planowania przestrzennego tamtych czasów jest właśnie, powstały w latach 1924-1929 i uchodzący za rynek miejski Plac Republiki (Hanrapetutian Hraparak) - rozległe forum otoczone ze wszystkich stron kamiennymi budowlami z różowego tufu wulkanicznego, zdobionymi dziesiątkami spektakularnych łuków i kolumn. Budynki nie byle jakie – Narodowa Galeria, Muzeum Historii, hotel Marriott Armenia, siedziba rządu i cztery ministerstwa. Pełen splendor. Na budynku rządowym, z wielką łopoczącą flagą narodową na dachu, znajduje się wykonany w Moskwie zegar, o średnicy 4 metrów i wskazówkach długości równej wzrostowi człowieka, który przywieziono tu w 1941 roku. Wracając do auta mijamy jeszcze pomnik Vazgena Sargsyana - armeńskiego polityka, wojskowego i pisarza, premiera Armenii od czerwca 1999 roku, aż do swej tragicznej śmierci w tym samym roku, kiedy to został zastrzelony w trakcie ataku terrorystów na parlament. Erywań to bogata historia, naznaczona wieloma burzliwymi wydarzeniami. Tylko w okresie między XVI a XVIII wiekiem, w wyniku wojen persko-osmańskich miasto aż 14 razy zmieniało właścicieli. Czego nie zniszczyli Persowie i Turcy, to dokończyły trzęsienia ziemi i komuniści. Przeszłość jest tu żywa na każdym kroku. Szkoda tylko, że nie mamy przynajmniej jednego dnia na zwiedzanie miasta - muszę tu jeszcze powrócić.

Erywań - Plac Republiki
Erywań - Plac Republiki
Erywań - Plac Republiki
Erywań - Plac Republiki
Erywań - Plac Republiki
Erywań
Erywań - pomnik Vazgena Sargsyana

Przy asyście na nowo gromadzących się czarnych chmur opuszczamy Erywań. Wprawdzie do miejscowości Ararat prowadzi łatwy, 50-kilometrowy odcinek głównej drogi, decydujemy się na jeszcze jeden mały "skok w bok". W górach na wschód od stolicy ukryty jest bowiem arcyciekawy obiekt, którego nie sposób pominąć na trasie naszej wycieczki - nawet jeśli przez ponad pół godziny trzeba się będzie tłuc podrzędnymi drogami. Mowa o starożytnej świątyni Garni, poświęconej w I w. n.e. przez króla Tiridatesa I bóstwu słońca, Mitrze. Kult Mitry przywędrował do Armenii z Indii (spora w tym zasługa Aleksandra Macedońskiego), a następnie stał się popularny w całym śródziemnomorskim świecie. Budowla o klasycznym, hellenistycznym kształcie perypteru, z kolumnadami i trójkątnym frontonem nasuwa jednoznaczne skojarzenia z ateńskim Partenonem. W zasadzie, gdyby nie fakt, iż zamiast ze śnieżnobiałego marmuru, wzniesiono ją z ciemnego bazaltu, mogłaby z powodzeniem stanąć w jakimkolwiek miejscu w basenie Morza Śródziemnego. Obiekt przeszedł gruntowną rekonstrukcję w latach 1969-1975, po tym, jak w 1679 roku uległ zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi. Może i szczęśliwie dla niej - sterta bezładnych kamieni przez wieki nie wadziła islamskim najeźdźcom Armenii. Na prawo od świątyni, moją uwagę zwracają owalne fundamenty kościoła, z wyraźnie widocznymi miejscami po absydach - jak później doczytałem, stojąca tu dawniej budowla pochodziła z VII wieku. Wychodząc na tyły świątyni podziwiać można rewelacyjną górską panoramę z głębokim wąwozem rzeki Azat na pierwszym planie oraz... polującego nad tym landszaftem ścierwnika! Wracając do wyjścia, przy akompaniamencie nastrojowej muzyki z głośników i rozpoczynającej się burzy, udaje nam się wypatrzeć parę kowalików skalnych. Zanim opuścimy Garni spędzamy dłuższą chwilę na rozstawionych przy parkingu straganach, gdzie handluje się głównie spożywczymi wyrobami domowej roboty - konkurencja jest tu spora, więc nic dziwnego, że chcąc przebić się z ofertą, każdy kolejno zaprasza nas na degustację jego wina, bimbru, czy słodyczy - po prawdzie, to nie trzeba nic kupować, żeby poprawić sobie humor :). Coś jednak z tego asortymentu warto zabrać do domu - decyduję się na słoiczek marynowanych czereśni (wielokrotnie już testowanych na wyjeździe), kilka sudżuków - armeńskich odpowiedników gruzińskich czurchczeli oraz lawaszy - to taka cienka płachta z owocowego soku w formie roladki, którego farsz stanowią zalane miodem kawałki orzechów i pistacji - w smaku bardzo podobne do kupowanej w Palestynie baklavy. Przy okazji, polecam targować się z każdym i o wszystko - nietaktem jest wręcz zakup większej ilości rzeczy po oficjalnej cenie.

Wejście na plac przed świątynią w Garni
Świątynia Garni





Wąwóz za świątynią Garni

Nie chcemy wracać się do Erywania i decydujemy się na dojazd do drogi głównej 30-kilometrowym traktem przez góry i step . Po pierwsze, aż tak nam się nie śpieszy. Po drugie, liczymy na kolejne obserwacje ciekawych ssaków wieczorną porą. Jednakże, pamiętacie co oznacza biały kolor drogi na mapie? Prawdopodobnie, niewielu białych ludzi odważyło się na podobny manewr ;). W zapadających ciemnościach udaje nam się zaobserwować jeszcze ostatnie tego dnia ptaki - białorzytki płowe, skowrończyki krótkopalcowe, dzierlatki oraz białorzytkę rdzawą. Żadnych ssaków nie spotykamy, a najciekawszym przeżyciem jest chyba przejazd przez wieś Lanjazat - jakby żywcem przeniesioną z innej epoki. Pytanie, jak ludzie tu żyją, samo przychodzi na myśl...

ZiŁ-130 - klasyk w kategorii pojazdów ciężarowych w tej części Świata

Wciąż na czterech kołach, dojeżdżamy do asfaltowej szosy na Ararat. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pokonujemy w potężnej ulewie i burzy, która z powodzeniem mogłaby zapowiadać nadejście końca Świata. Ararat, główna mieścina prowincji o tej samej nazwie, to zaściankowa osada, zamieszkała przez około 8 tysięcy obywateli. Ciężko mówić o jakiejkolwiek bazie noclegowej, skoro przed wyjazdem udało nam się znaleźć zaledwie jeden guesthouse o nazwie Araks Hotel Stadium. Jak sama nazwa i dostępne w internecie zdjęcia wskazywały, pokoje noclegowe miały się znajdować w budynku klubu sportowego. Może i niezbyt zachęcające, ale na bezrybiu i rak ryba, a lepszej niż Ararat bazy wypadowej na najbliższe dni, ze świecą by szukać. W nieustających strugach deszczu, nawigacja doprowadza nas pod długi mur z wysoką stalową bramą. Ktoś w końcu reaguje na nasze uporczywe molestowanie klaksonu i wpuszcza nas na dziedziniec. Jego skonsternowana mina nie wskazuje jednak na to, że oto doczekał się przyjazdu długo wyczekiwanych i wytęsknionych gości. Przeczucie nas nie myli, bo pomimo rezerwacji na bookingu nie spodziewał nas się nikt ;). Na szczęście mamy przy sobie wydruki z potwierdzeniem rezerwacji i twardo stoimy przy swoim - nie wyrzucicie nas teraz na ten deszcz bez dachu nad głową, o nie. Pełniący obowiązki portiera, który przedstawia się nam jako Albert, z którym niestety po angielsku czy rosyjsku nie dagaworiszsja, uruchamia gorącą linię z szefostwem. Sprawa zaczyna się powoli wyjaśniać - po kilkunastu minutach do klubu dociera kilkuosobowa delegacja, której przewodzi prezes klubu Araks - najwyraźniej capo di tutti capi i niezła szycha, skoro jego portret zdobi hall recepcji, a towarzysząca mu świta traktuje go z wyraźnym respektem. Przez chwilę zastanawiamy się, czy będą nas kwaterować, czy bić ;), ale na szczęście po wymianach uprzejmości zaczynają się pertraktacje (pomaga w nich Garo - jedyna osoba, z którą można dogadać się po rosyjsku), w wyniku których zostajemy ostateczni przyjęci w progi klubu i to po umówionej starej cenie (nie było to takie oczywiste, bo od naszej rezerwacji noclegi dwukrotnie podrożały). O tym, że faktycznie nikt się nas nie spodziewał, świadczy fakt, że dopiero na naszą prośbę instalowany będzie w budynku internet (działający zresztą tylko na parterze), a znalezienie kluczy do pokojów okazuje się nie lada wyzwaniem (ostatecznie, w drzwiach jednego z pokojów musi zostać wymieniony cały zamek). W samych pokojach, wszystko zaimprowizowane jest na ostatnią chwilę - najlepszym tego przykładem jest łazienka, gdzie po uruchomieniu prysznica woda spływa do kanalizacji przez dobre kilka godzin, a spłuczka działa raz na kilka użyć. Kuchnia znajduje się w stołówce, do której dreptać trzeba dobrą minutę. Mamy za to balkony z widokiem na boisko ;). Jak już pogoda w teren nie dopisze, zmajstrujemy fotoreportaż o armeńskim futbolu!


c.d.n.

1 komentarz:

  1. Najbardziej zapamiętam ciszę nad jez. Kari. Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy, że naprawdę od niej mogą boleć uszy. Niesamowite wrażenie.

    OdpowiedzUsuń