BIRDAHOLIC TOURS

BIRDAHOLIC TOURS

niedziela, 15 grudnia 2013

Maroko, kraina kontrastów - I: W Atlasie Wysokim (25-26 XI 2013)

Po pierwszych zagranicznych, węgierskich przedbiegach nadszedł wreszcie czas na zrobienie konkretnego milowego kroku w zachodnią Palearktykę. Maroko - przedsionek Afryki, to dla miłośników ptaków wrota do nowego świata, bogatego w szereg egzotycznych gatunków. Kraj ten ma do zaoferowania tak wiele, że nie sposób zobaczyć wszystkiego w krótkim okresie - wyjazd został więc zaplanowany na 12 dni (25 XI - 6 XII). W skład ekspedycji na afrykański kontynent weszli obok mnie Paweł Kołodziejczyk, Michał Zawadzki, Staszek Czyż i Marian Domagała. Charakter wyprawy, która miała na celu poszukiwanie ptaków na terenie całego kraju od Atlantyku, przez Atlas, po Saharę, pozwolił ponadto na poznanie prawdziwego oblicza Maroka, które jest pobudzającą wszystkie zmysły mozaiką widoków, zapachów, smaków i dźwięków.

*          *          *

Do Berlina wyjeżdżamy w nocy z 24 na 25 listopada. W Polsce na drogach atak zimy - śnieżyca, gołoledź, temperatura poniżej zera. Na szczęście już za chwilę zmieniamy klimat. Przed 9 docieramy na lotnisko Schönefeld - do wylotu mamy długie 4 i pół godziny, jest więc czas na repetytorium z przewodnikiem Collinsa i właściwe spakowanie bagaży. Pawła, Mariana i mnie czeka chrzest bojowy w przestworzach, wdrażamy się więc dopiero w lotniskowe procedury i dowiadujemy się jak sprawnie przejść przez gąszcz odpraw. O 13:30 w końcu startujemy - pogoda jest wyborna, a mnie przypadło miejsce przy oknie, tak więc do nowych wrażeń doszły niezapomniane widoki szwajcarskich jezior, francuskich Alp, hiszpańskich płaskowyżów i przesmyku Gibraltaru z lotu ptaka. O 17:00 czasu miejscowego (godzina wstecz wobec czasu polskiego) stawiamy stopy na afrykańskim kontynencie - w twarz uderza ciepłe powietrze. Zaczęła się nowa przygoda.

 W oczekiwaniu na odprawę (fot. SC)
 Nasz samolot do Maroka
 Gdzieś nad Szwajcarią...
 Morze chmur pod nami...
 Dzięki dobrej widoczności świetnie widoczne były Alpy...
 ... a wrażenie robiły zwłaszcza przebijające się przez chmury szczyty najwyższych gór
 Mijamy skałę Gibraltaru - przed nami już Afryka
 Maroko z lotu ptaka
 Typowa marokańska miejscowość
Marrakesz - lądujemy!

Tego dnia czeka nas jeszcze sporo "biurokracji" - na początek drobiazgowa kontrola na lotnisku i odbiór bagaży, podczas którego zaliczamy pierwszego trznadla saharyjskiego, latającego po hali lotniska! Następnie wymiana waluty (1 dirham = ok. 40 groszy) i co najważniejsze - wynajęcie auta. Dziwnym (i jak się potem okazało, niekoniecznie szczęśliwym) zbiegiem okoliczności trafiamy do wypożyczalni Afrique Rent, z której usług korzystała jedna z polskich ekip ptasiarzy w 2012 roku. Z naszej piątki tylko Staszek miał poważniejsze doświadczenia z krajów arabskich, co najwyraźniej wyczuł Omar - właściciel przybytku. Oglądamy kolejne auta w interesującej nas cenie (do 50 EUR/dobę) dowiadując się, że taki i taki samochód, w rzeczywistości z trudem mieszczący 4 osoby z bagażami) będzie dla nas idealny do kilkunastodniowej wycieczki po bezdrożach. W końcu udaje nam się zmusić Omara do pokazania nam większego auta i tak oto wchodzimy w tymczasowe posiadanie samochodu Kia Motors Soul - co prawda bagażnik ładowaliśmy po sufit, a niektórzy mieli między nogami małe plecaki, ale auto było dość wygodne. Kiedy wydaje się, że formalności mamy już za sobą, okazuje się, że samochód z trudem odpala - przyczyną wydaje się być słaby akumulator. Omar zapewnia nas, że wszystko się rozrusza, a my - o słodka naiwności - składamy podpisy na umowie wynajmu. Zapomnieliśmy też sprawdzić inne drobiazgi, z których najistotniejszy wydawał się być brak jednego pasa bezpieczeństwa z tyłu pojazdu. Biorąc pod uwagę liczbę kontroli drogowych, z którymi mieliśmy do czynienia w ciągu całej wycieczki, aż dziwne, że w najgorszym wypadku kończyło się na upomnieniach... Zanim opuszczamy parking obserwujemy pierwsze ptaki - około 40 szpaków jednobarwnych zlatujących się na noclegowisko koło lotniska, grupkę 27 jerzyków małych polujących nad miastem, dzierlatkę i 2 przelatujące pliszki górskie. Dość wyraźna zapowiedź tego co nas czeka.

 Zabłąkany w hali przylotów trznadel saharyjski (Emberiza sahari)
Lotnisko Marrakesz-Menara

Naszym kierowcą zostaje Paweł, który decydując się na przyjęcie tego stanowiska, chyba jeszcze nie wiedział co go czeka;). Wyjeżdżamy na Avenue Guemassa i uderza w nas jazgot klaksonów i brzęczenie motocyklowych silników. Na pozór nie ma tu żadnej organizacji ruchu - motocykle, których są tu tysiące, gnają slalomem między samochodami, autobusami, rowerami i załadowanymi z ułańską fantazją półciężarówkami. Pojazdy zmieniają pasy ruchu nagle i zwykle bez kierunkowskazów. Piesi korzystają z jezdni podobnie jak z chodnika. Znaki stopu i te informujące o pierwszeństwie przejazdu, stoją chyba tylko dla zasady. Jednoślady dość często jeżdżą pod prąd. Prowadząc samochód należy mieć oczy dookoła głowy i potrzeba dłuższej chwili żeby wiedzieć jak zachować się w tej dżungli. Na obronę marokańskich kierowców trzeba jednak dodać, że generalnie respektują ograniczenia prędkości. Wkrótce przekonujemy się dlaczego: na każdym kroku ustawione są patrole policji, kontrole drogowe (oznaczone pionowym znakiem, słupkami, z przygotowanymi kolczatkami i powiązane z ograniczeniem prędkości do 20 km/h - przy wjeździe i wyjeździe z większej miejscowości prawie pewne) i posterunki żandarmerii królewskiej Gendarmerie royale (za dnia na skrzyżowaniach o dużym natężeniu ruchu, a w większych miastach nocą na niemal każdym rondzie). Tak więc nawet jeśli droga wygląda kusząco nie warto dociskać pedału gazu ponad dozwoloną normę (nie mówiąc już o własnym bezpieczeństwie). Przyznać trzeba, że policjanci w Maroku okazali się być na ogół sympatyczni i uprzejmi - problem stanowi jedynie uzyskanie od nich pomocy w języku innym niż francuski. Muszę też zauważyć, że drogi krajowe są w Maroku raczej w dobrym stanie, zwykle lepszym niż nasze polskie (o co zresztą nietrudno), choć pełne niespodzianek (np. zwały kamieni na pasie ruchu).
Już na wstępie postanawiamy trochę zaimprowizować z planem i jeszcze tego dnia przemieścić się do Oukaimeden, gdzie mamy zaplanowane obserwacje w dniu kolejnym. Opuszczamy więc Marrakesz i kierujemy się na południe. Najpierw jednak musimy napełnić bak auta i... żołądki! Urządzamy przystanek na 6 km Route d'Ourika. Ceny paliw w porównaniu do polskich są niezwykle korzystne - litr ropy kosztuje do 9,50 MAD (ok. 3,50 PLN). Paliwo w Maroku jest dotowane - ceny są sztywne na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat i nie ma znaczących różnic cenowych między stacjami. Mimo to warto trzymać się w miarę pewnych stacji (Ziz, Afriquia, OiLibiya) i unikać podejrzanie wyglądających (co nie jest łatwe). Nie ma co liczyć na możliwość płacenia kartą - na większości z nich nie znajdziemy nawet WC (a jeśli już, często jest to dziura w podłodze;). Co do napełnienia żołądków: pierwsza konfrontacja z marokańską kuchnią czekała nas w bardzo przyjemnej, przydrożnej restauracyjce Café Restaurant Bladna. Obsługa na wysokim poziomie + klimatyczna muzyka ludowa z głośników. Zamówiliśmy jagnięcinę z ryżem, ale zanim trafiła na stoły zdążyliśmy się najeść przystawkami - różnymi sałatkami, prima oliwkami i okrągłymi chlebkami (khobz) - w Maroku taki placek - podpłomyk to główne pierwsze danie, jest podawany do wszystkich posiłków i można zaryzykować stwierdzenie, że jest prawie zawsze obecny na marokańskim stole. Samej jagnięcinie z ogniska (Côtes d'agneau grillées) również niczego nie brakowało. Do picia zimny, naturalny sok cytrynowy z cukrem. Już wiedziałem, że polubię tutejszą kuchnię.

 Okrągłe chlebki khobz - jeden z kulinarnych symboli Maroka
 Wyjątkowo orzeźwiająca woda z sokiem z cytryny
Côtes d'agneau grillées

Po usatysfakcjonowaniu podniebień kierujemy się w góry. Droga wspina się coraz bardziej, podjeżdżamy niekończącą się serpentyną, ciśnienie zatyka nam uszy. Podróżując w nocy należy uważać na nieoświetlone pojazdy (zjawisko powszechne), spacerujące poboczami grupy ludzi, osły, owce i tym podobne niespodzianki. Z tego też powodu co chwila ktoś mruga nam długimi światłami - to nie ostrzeżenie przed policją, ale prewencyjne kontrolowanie słabo oświetlonego odcinka drogi (nierzadko auta jeżdżą non-stop na długich światłach, co bywa męczące). W końcu docieramy do położonego na wysokości 2614 metrów n.p.m. największego kurortu narciarskiego Maroka, leżącego między dolinami Imenan i Urika. O tej porze roku zbocza gór nie są jeszcze pokryte śniegiem i wioska jest opustoszała. Znajdujemy jedyny hotel, ale właściciel jest wyraźnie zaskoczony widokiem turystów - ponadto cena jest zaporowa - ok. 100 złotych za osobę. Jest po 22 i nie opłaca się wracać do Marrakeszu, a spanie w aucie raczej nie wchodzi w grę - temperatura wynosi tutaj -5 stopni! Tonący brzytwy się chwyta, tak więc tarabanimy do jedynego z domostw w okolicy, w którym świeci się światło. Drzwi otwiera starszy "góral" - za 200 dirhamów dostajemy do dyspozycji mały, jednoosobowy pokój oraz stylowy i klimatyczny "salon", wyposażonym w cztery "prycze" - czego więcej chcieć od życia? No, może gdyby jeszcze nie było tak zimno - w nocy trzeba było spać w butach, żeby nie odmrozić sobie stóp i w czapie zaciągniętej na uszy;). Krótko przed snem wychodzę zaczerpnąć powietrza - w pamięci na zawsze pozostanie mi widok niesamowicie rozgwieżdżonego nieba nad górami. W głowie już pełna mobilizacja na nadchodzący dzień - będziemy mieć pełne ręce (a raczej oczy) roboty!

Nasza kwatera w Oukaimeden - chowajcie się czterogwiazdkowe hotele!

Pobudka o 6 rano. Śniadanie zaimprowizowane w stylu europejskim: polski chleb, angielska herbata i przywiezione z domu ruskie pierogi ;). Na dworze jest jeszcze ciemno, można więc poświęcić trochę czasu na dokładniejsze przyjrzenie się arcyciekawemu wystrojowi wnętrza pomieszczenia, w którym przyszło spędzić nam ostatnią noc - dużym powodzeniem przy pozowaniu do zdjęć cieszyły się zwłaszcza góralskie flinty i zdobiony kindżał.


W końcu jest już na tyle widno, że można wyjść na ptaki - już z werandy domu obserwujemy 2 głuszki i przelatującego wieszczka. Schodzimy kilkadziesiąt metrów niżej i napotykamy stadko 40 wróbli skalnych. Ptaki żerują na żwirowej drodze i ogrodzonym śmietniku wraz z ziębami, wśród których udaje się wypatrzeć kilka ptaków z podgatunku africana. Zmierzamy w kierunku płaskowyżu położonego na południe od głównej ulicy miasteczka, domkniętego od wschodu niewielkim, lecz malowniczym jeziorem Oukaimeden. Co chwila przelatują przed nami stadka wieszczków i pojedyncze wrończyki - jeden z nich przez dłuższą chwilę pozował do zdjęć na krawędzi płaskowyżu. Na dachu jednej z budowli odpoczywa 12 gilaków białobrodych - szybko jednak znikają między zabudowaniami. Jest też okazja przyjrzeć się gołębiowi skalnemu, będącemu protoplastą gołębia miejskiego i kilkuset ras gołębi hodowlanych: 20 ptaków żeruje na placu naprzeciw budynku żandarmerii królewskiej. Czuję się trochę jak w ogrodzie zoologicznym, gdzie co kilkadziesiąt metrów jest do zobaczenia inny, nowy gatunek. Tyle, że emocje są nieporównywalne.


"Dzielnica mieszkaniowa" w Oukaimeden
Głuszek (Emberiza cia)
Nasz pierwszy "hotel"
Wróble skalne (Petronia petronia)
Wróble skalne (Petronia petronia)
Wróle skalne (Petronia petronia)
Główna ulica Oukaimeden
Wieszczki (Pyrrhocorax graculus) - jedne z pospolitszych ptaków w Oukaimeden
Pierwszy przegląd płaskowyżu
Gilaki białobrode (Rhodopechys alienus)
Wrończyk (Pyrrhocorax pyrrhocorax)
Płaskowyż w promieniach wschodzącego słońca
Wrończyk (Pyrrhocorax pyrrhocorax)
Widok na Jezioro Oukaimeden
Zięba (Fringilla coelebs africana)
Oukaimeden

W drodze nad jezioro spotykamy dwójkę duńskich ptasiarzy, z którymi wymieniamy się informacjami o obserwowanych ptakach - w zasadzie widzieliśmy podobny zestaw. Chwilę później stawiamy na nogi garnizon wojskowy znajdujący się we wschodniej części miejscowości - do naszych uszu docierają chaotyczne no photos, no photos. Pech chciał, że na ogrodzeniu koszar i na trawniku przed nimi przesiadywała spora grupka mało płochliwych wieszczków i wrończyków... Rozkazy były jednak jasne - mówi się trudno. Idąc brzegiem jeziora do listy wyprawowej dopisujemy pluszcza (4), samotnika (1) i lerkę (1) - są też kolejne pliszki górskie (2).

Wieszczek (Pyrrhocorax graculus)
Wieszczek (Pyrrhocorax graculus)
Wieszczek (Pyrrhocorax graculus)
Miejsce kontroli pojazdów (w sezonie zimowym)



Pluszcz (Cinclus cinclus)
Jezioro Oukaimeden

Przechodzimy przez zaporę jeziora i wdrapujemy się na rumowisko kamieni skąd dobrze widać płaskowyż - na brzegach jeziora żerują pierwsze górniczki, świergotki łąkowe i pliszki siwe. Kierujemy się na południowy zachód dzięki czemu jeszcze zmniejszamy dystans do ptaków. Okazuje się, że górniczków jest więcej niż początkowo przypuszczaliśmy - około setki! Na prawo od nas żeruje spore stado wieszczków i kilka wrończyków. Na drodze przed nami zauważamy kolejną grupkę gilaków białobrodych (8) - teraz jest okazja na lepsze przyjrzenie się tym ciekawym ptakom.



Zapora na jeziorze Oukaimeden


Część stada wieszczków (Pyrrhocolax graculus)
Wieszczki (Pyrrhocolax graculus)
Górniczek (Eremophila alpestris)
Górniczek (Eremophila alpestris)
Górniczek (Eremophila alpestris)


Gilak białobrody (Rhodopechys alienus)
Gilak białobrody (Rhodopechys alienus)
Gilak białobrody (Rhodopechys alienus)

W samej miejscowości zobaczyliśmy, co chcieliśmy - najważniejszym celem na resztę dnia staje się dzięcioł algierski, którego szansę zobaczenia w Maroku są największe właśnie w wysokogórskich lasach w rejonie Oukaimeden. Wracając po nasze rzeczy po raz pierwszy padamy ofiarą nagabywaczy, oferujących nam biżuterię z kamieni Atlasu oraz fragmenty skał z odciśniętymi amonitami. Być może naiwnie mi z oczu patrzyło, bo po pierwszych minutach "badania terenu" stałem się głównym celem kampanii reklamowej. Nie pomogło powtarzane do znudzenia "no money, merci". Skutek był tylko taki, że po początkowej cenie dostawałem ofertę kupna coraz większej ilości wisiorków;) W chwili rozprężenia odpowiedziałem coś po polsku, co zmieniło mój status z sir na friend, a cenę na very democratic price. Ostatecznie zyskuję wart wydanych pieniędzy naszyjnik z kwarców, a co za tym idzie: spokój i błogą ciszę.


Przenośny sklep jubilerski (fot. S. Czyż)
Gołębie skalne (Columba livia)
Budynek żandarmerii królewskiej
Widok z tarasu od naszych gospodarzy
Widok z tarasu od naszych gospodarzy

Żegnamy się z naszymi życzliwymi gospodarzami i przed opuszczeniem Oukaimeden kierujemy się jeszcze na przełęcz na zachodnim krańcu miasteczka, skąd rozciąga się wspaniały widok na panoramę Atlasu... Jeszcze kilkanaście lat temu nad górami szybowały orłosępy i sępy płowe. Zostały jednak wytrute przez pasterzy i dziś widok potężnych szponiastych należy tu do rzadkości. W drodze powrotnej zauważamy ruch w stercie kamieni - to wiewiórki berberyjskie - jak się później okazuje, w górach to dość pospolity ssak.

Teren terenem, a zęby myć trzeba!

Płaskowyż w Oukaimeden to także lądowisko dla wojskowych śmigłowców
Pamiątkowe zdjęcie z naszymi gospodarzami
Panorama Atlasu z przełęczy w Oukaimeden
Na razie są powody do radości;)
Panorama Atlasu z przełęczy w Oukaimeden
Panorama Atlasu z przełęczy w Oukaimeden
Panorama Atlasu z przełęczy w Oukaimeden
W poszukiwaniu (orło)sępów...
Panorama Atlasu z przełęczy w Oukaimeden


Wiewiórka berberyjska (Atlantoxerus getulus)

Kolejny przystanek urządzamy w pobliżu zapory na jeziorze - podczas marszu na płaskowyż zapomnieliśmy skontrolować dość ciekawie wyglądający przełom zasilającego jezioro potoku. W górzystym terenie po drugiej stronie drogi żeruje kilka kopciuszków podgatunku aterrimus, którego samce charakteryzują się mocno czarnym upierzeniem, samica pleszki oraz wróble skalne. Znad gór nadlatuje pierwszy szponiasty wyprawy - kurhannik podgatunku cirtensis. Chwilę później zauważam samca białorzytki żałobnej: ptak szybko znika za załomem skał, ale na szczęście szybko okazuje się, że ma on tutaj status gatunku pospolitego. W tej samej okolicy obserwujemy jeszcze 3 osobniki w upierzeniu samicy. Jeden z ptaków fantastycznie zapozował dokonując prezentacji wszystkich swoich sterówek (niestety pod słońce...).

Kurhannik (Buteo rufinus cirtensis)


Kopciuszek (Phoenicurus ochruros aterrimus)
Kopciuszek (Phoenicurus ochruros aterrimus)


Białorzytka żałobna (Oenanthe leucura)

Opuszczamy na dobre Oukaimeden zjeżdżając w kierunku północnowschodnim, krętą i malowniczą drogą biegnącą skrajem kanionu. Po około 4 kilometrach docieramy do pierwszych lasów cyprysowo-sosnowych, potencjalnych miejsc lęgowych dzięcioła algierskiego. Krótki przystanek nie przyniósł oczekiwanego przez nas gatunku, ale rekompensujemy to sobie obserwacją sokoła berberyjskiego. W ogóle, na niebie spory ruch: 2 kurhanniki cirtensis (dorosły i młody ptak), stadko 25 wieszczków i para kruków.

Malowniczy wąwóz poniżej Oukaimeden


Arabskie "Tu byłem"

Pierwsze potencjalne siedlisko dzięcioła algierskiego...
Sokół berberyjski (Falco peregrinoides)
Sokół berberyjski (Falco peregrinoides)

Wyjeżdżamy z lasu i stajemy w pobliżu małej stacji energetycznej skąd rozpościera się dobry widok na położoną poniżej dolinę. Na szczycie jednego ze wzniesień zauważamy samca modraka. W zakrzaczeniach przy drodze uwija się trochę drobnicy - głównie szczygły i kopciuszki, ale udaje się spośród nich wyłuskać modraszkę kanaryjską. Jak na zawołanie nadlatuje pięknie wybarwiony samiec pleszki algierskiej - ptak ląduje tuż przed obiektywami naszych aparatów. Po udanej sesji wsiadamy do auta, nie przejeżdżamy jednak 150 metrów, kiedy Paweł gwałtownie hamuje - przyczyna: na słupie, na prawo od drogi, siedzi samiec dzięcioła algierskiego!!! Obserwacja jak marzenie i to w miejscu, w którym nikt z nas się tego gatunku nie spodziewał.




Mała stacja energetyczna poniżej Oukaimeden
Siedzi modrak na gór szczycie...
Samiec modraka (Monticola solitarius) - digiscoping

Pleszka algierska (Phoenicurus moussieri)
Pleszka algierska (Phoenicurus moussieri)
Pleszka algierska (Phoenicurus moussieri)
Dzięcioł algierski (Picus vailantii)
Dzięcioł algierski (Picus vailantii)
Dzięcioł algierski (Picus vailantii)
Dzięcioł algierski (Picus vailantii)

Najwyraźniej od nadmiaru wrażeń (bo przecież nie będę wypominać zaniedbań w aprowizacji!) kiszki marsza nam grają, więc zatrzymujemy się obok przydrożnej knajpki z dumnym szyldem Cafee-Restauran Timouzzar. Niestety, ale nie mamy tyle szczęścia co w obserwacjach - zasoby żywnościowe lokalu są na podobnym poziomie co nasze;). Przystanek staje się jednak pretekstem do spenetrowania okolic pobliskiego sadu i tarasowych upraw. Paweł z Michałem wypłaszają stadko 8 góropatw berberyjskich - pech chciał, że akurat goniłem tyły i ostatecznie zaliczyłem tylko widok kształtu kuraka zapadającego w trawę... Lepiej powiodło się z pokrzewkami aksamitnymi - dość dobrze widzieliśmy parę ptaków. W okolicznych zadrzewieniach obserwujemy też pierwsze bilbile ogrodowe (2), kolejne modraszki kanaryjskie (2) i ziębę africana. Sporo jest wszędobylskich wiewiórek berberyjskich - niektóre widziałem z dwóch metrów, ale... zobaczyć i sfotografować zwinnego gryzonia to nie to samo. Na murach zrujnowanych budowli wygrzewały się jaszczurki Scelarcis perspicillata. Na niebie: kolejny kurhannik cirtensis i 5 wieszczków. Odjeżdżamy tak samo głodni, ale pokuszę się o stwierdzenie, że szczęśliwsi ;).



Pojazd w sam raz do wspinaczki na 3000 m.n.p.m.;)
Cafee-Restauran Timouzzar


Jaszczurki Scelarcis perspicillata

Terasowe uprawy w pobliżu Cafee-Restauran Timouzzar


Terasowe uprawy w pobliżu Cafee-Restauran Timouzzar


Malownicze położone wioski to wizytówka górskiego rejonu Oukaimden
Wiewiórka berberyjska (Atlantoxerus getulus)
Zięba (Fringilla coelebs africana)
Pokrzewka aksamitna (Sylvia melanocephala)

Droga dociera w końcu do rozwidlenia, na którym odbijamy na Asni. Kolejne 40 km (1h 20 min.) to pewna dawka adrenaliny - serpentyny, ostre zakręty nad skrajem przepaści, a na sporym odcinku brak asfaltu i barier ochronnych. Zwłaszcza podczas zjazdu żołądek mam w gardle - plus jest taki, że przynajmniej nie da się myśleć o jedzeniu. Jest to niewątpliwa atrakcja, którą warto przeżyć będąc w tym rejonie, trzeba jednak pamiętać, że droga ta zamykana jest zimą po obfitych opadach śniegu. Kilka razy mijają nas półciężarówki, załadowane ludźmi siedzącymi na dachach - Ci to dopiero mają zdrowie! Największym atutem są rzecz jasna widoki: pięknie wyglądają malownicze wąwozy i wybudowane na stromych zboczach wsie. Górskie rejony Maroka to rejon gdzie wciąż można doświadczyć jak wygląda tradycyjne rolnictwo, m.in. orka parą osłów. Nasz przejazd budzi sporą sensację - w mijanych osadach wszędzie pozdrawiają nas dzieci, które nierzadko gonią za naszym pojazdem, a nawet łapią za klamki. Przed samym Asni urządzamy postój w wiosce Tagom. Na małym nieużytku żeruje grupka dzierlatek - wszystkie "nasze" - a także głuszek i para pleszek algierskich. Przejeżdżając przez miejscowość zauważamy pierwsze czaple złotawe (ok. 100), które od tej pory będą nam towarzyszyć przez kilka kolejnych dni, niemal na każdym kroku.

Droga do Asni

Droga do Asni

Orka tradycyjna
Panorama gór z osłem - główną siłą pociągową tutejszego rolnictwa
Droga do Asni - przyjechaliśmy widocznymi po lewej serpentynami...

Pleszka algierska (Phoenicurus moussieri) środowiskowo...
Głuszek (Emberiza cia)
Dzierlatka (Galerida cristata)

A niektórzy się nie przejmują, że stromo, a droga wąska...

Ale to nie Asni jest naszym aktualnym celem. Skręcamy na Ouirgane i zatrzymujemy się w pobliżu słupka kilometrowego "Asni 9" - okoliczne zadrzewienia jałowcowe znane są jako jedno z najlepszych miejsc w Maroku na pokrzewkę algierską. Najwyraźniej nie w zimie - z 'sylvii" stwierdzamy tu tylko samca pokrzewki aksamitnej. Rozdzielamy się na trzy grupy i obchodzimy teren aż do zachodu słońca. Wykrywamy sporo zięb africana, kopciuszków, pierwiosnków, a najciekawszym akcentem okazały się być 3 cierliki, których potem nie obserwowaliśmy już nigdzie indziej.







Cierlik (Emberiza cirlus)



Tego dnia mamy zaplanowany nocleg w Marrakeszu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kolację w Asni - główna ulica małego miasteczka tętni życiem. Zatrzymujemy się w miejscu z dużą ilością straganów ulicznych, tuż przed wejściem do starej dzielnicy - medyny. Postanawiamy stołować się w stylowych "garkuchniach", gdzie w tadżinach - okrągłych, płytkich glinianych naczyniach ze stożkowatą pokrywą - nad rozżarzonymi węglami lub drewnem przyrządzane jest świeże, tradycyjne marokańskie jedzenie: kebaby z kefty (przyprawiona mielona jagnięcina) z cebulą i ostrym sosem zawinięte w chleb, do tego sosy harissa (robione z ostrej czerwonej papryki, oliwy z oliwek i czosnku), harira (gęsta zupa z kawałków mięsa baraniego, soczewicy, ciecierzycy, cebuli, czosnku, pokrojonych pomidorów, świeżych ziół i przypraw), marakszija (wegetariańska odmiana hariry), zupa z kuskusem, omlety, zapiekane warzywa oraz tadżin (mięso duszone z jarzynami). Na prostych stoiskach można także kupić słodkie przekąski i dania które można jeść palcami. Cena posiłku: od kilku do kilkunastu dirhamów, w zależności od potrawy i porcji. Decydujemy się na dwa kebaby na głowę, po 3 dirhamy za sztukę. Kolację spożywamy przy prostych, drewnianych stołach obok straganu, dzięki czemu mamy możliwość przyjrzenia się procesowi powstawania potraw "od kuchni". Trzeba przyznać, że na "naszym" stoisku popyt wyraźnie przerastał podaż - cena niska, to i obroty muszą być wysokie! Zwraca też uwagę wyraźna segregacja płci w życiu publicznym. Ulica, kawiarnie, bary to zdecydowanie domena mężczyzn. Miejsce kobiet jest w domu, a każda napotkana o tej porze w pełnej Arabów knajpce, byłaby postrzegana dość jednoznacznie. Kobiety pochodzenia arabskiego nie ośmielają się nawet sprzedawać produktów w sklepach i na straganach. Bardziej liberalne przywileje mają jedynie kobiety berberyjskie.






Po 20-tej docieramy do Marrakeszu - ruch na ulicach, jak u nas w godzinach szczytu, a nasila się tym bardziej, im bliżej medyny jesteśmy. Okazuje się, że do hotelu, w którym mieliśmy zamiar nocować nie można dojechać samochodem, na czym nam jednak zależy ze względu na ilość bagaży. W kilku miejscach pytamy o tani nocleg, aż zostajemy skierowani do hotelu Al Bouhaira, położonego w ciasnej uliczce na północ od medyny. Tu jest dopiero prawdziwa szkoła przetrwania dla europejskiego kierowcy - uliczka, której krawędzie zajmują stragany, jest na większym odcinku dwukierunkowa, pojazdy zaś pędzą jeden przez drugiego - najwięcej jest motocykli i o kolizję naprawdę nietrudno. Próbowałem udokumentować panujący tu chaos, o mało co nie narażając się przez to na poważniejszą sprzeczkę z jednym ze straganiarzy, któremu nie spodobało się, że jest filmowany - w krajach arabskich sytuacja dość powszechna. Przystajemy rozejrzeć się za hotelem i odnajdują nas pierwsi "parkingowi", którzy holują nasze auto na pobliski "parking". Celowo ujmuję to wyrażenie w cudzysłowie - był to w gruncie rzeczy mały fragment placu targowego, na którym auta były upychane ciasno jak mieszkańcy Tokio do wagonika metra. Po kilku minutach nieudanego manewrowania odpuszczamy - nie możemy jednak odjechać bez wynagrodzenia naszych "parkingowych". Oferujemy im zarobek adekwatny do jakości świadczonej usługi, na co szefowi pomocnej paczki mało co nie wychodzą oczy ze zdumienia: "It's not good money, joke, joke, it's not good money!" - wykrzykuje wybuchając śmiechem. Dostajemy pieniądze z powrotem i jeszcze dowiadujemy się, że "dżentelmeni tak nie postępują". Cóż, najwyraźniej niektórym Marokańczykom obca jest zasada gwarancji satysfakcji klienta.


Po krótkim odpoczynku udałem się na zwiedzenie wąskiej uliczki, przy której znajdował się nasz hotel - obowiązkowym punktem programu jest kupienie czegoś na ulicznym bazarze (suk), w jednym ze sklepów lub straganów. W suku kupić można wszystko, ale oczywiście nie dokonuje się tego w taki sam sposób jak w Europie. Co natychmiast zwraca uwagę - na produktach nie ma cen, co samo w sobie jest niezwykle wygodne dla sprzedawcy. Trzeba być przygotowanym na to, że z powodu jasnej karnacji skóry płacimy więcej - wynika to z czystego pragmatyzmu i doświadczenia: biały człowiek = pieniądze (i to najczęściej w mocnej walucie). Nawet pytając o ceny noclegu w jednym z hoteli, w odpowiedzi otrzymaliśmy najpierw pytanie zwrotne o narodowość (English?), a dopiero po naszej deklaracji poznaliśmy cenę (z której należało się cieszyć, bo za pochodzenie angielskie z pewnością płaci się więcej!). Na targowisku niezwykle ważne jest... targowanie, które śmiało uznać można za rytuał, bez którego ciężko kupić cokolwiek po przystępnej cenie (odstąpienie od targowania może być wręcz uznane za obrazę!). Cena wyjściowa jest tak naprawdę kwestią czasu jaki poświęcić możemy na negocjacje. Targowanie jest niczym teatr - obie strony na wstępie przedstawiają, zwykle absurdalnie skrajne ceny (sprzedawca zawyżoną, a my zaniżoną), po czym przez kilka minut dochodzi się do kompromisu - ten niejednokrotnie następuje dopiero, kiedy decydujemy się na opuszczenie straganu i rezygnację z towaru. Chociaż od początku wiadomo, że w końcu dojdzie do porozumienia, odmawiając negocjowania ceny, okrada się sprzedawcę z jednej z największych przyjemności jego pracy, a siebie z pewnej kwoty dirhamów. Trzeba też pamiętać o kilku zasadach, z których najważniejsza głosi, że nie należy wycofywać się z zakupu, jeśli sprzedawca przystąpi na proponowaną przez nas wcześniej cenę - wtedy może być naprawdę nieprzyjemnie. Ofertę nie do przyjęcia najlepiej śmiało odrzucać. Należy być odpornym na sprytne zabiegi straganiarzy - robienie urażonych min, lamentowanie nad swoją sytuacją, pojednawcze wypowiadanie słów w ojczystym języku kupującego (Aaa, Pologne - Polska! Kraków. Dzien dobry. Vodka. My frjend, dwadziescia dirhamicz, very, very dobro cena!) - w dobrym tonie są podobne kontry z naszej strony. W 90% transakcji udało mi się kupić co chciałem w zadowalającej cenie, co chyba znaczy, że robienie zakupów na marokańskiej ulicy nie jest sztuką przesadnie trudną.

Okolica naszego hotelu, już po zamknięciu większości kramów
Trznadel saharyjski (Emberiza sahari) w wydaniu sklepowym

W marokańskich sukach uwagę przykuwają ułożone w kolorowe stożki przyprawy. Wśród wszystkich zapachów Maroka dominuje aromat kuminu, niezwykle mocnej i aromatycznej przyprawy, którym pachną arabskie targi i którą stawia się na stołach obok solniczek - przemycany jest on do większości potraw: mięs, omletów, sosów itd., nasze podniebienia miały więc z nim do czynienia codziennie. Już kilka dni wietrzę swój plecak, w którym przetransportowałem kumin do Polski, mimo że pomny przestrogi zawinąłem go w trzy foliowe woreczki. Kumin jest też jednym ze składników słynnej mieszanki Ras el Hanout w skład której wchodzi kilkadziesiąt przypraw i ziół (w zależności od koncepcji sprzedającego). Symbolem Maroka jest oczywiście szafran, pozyskiwany ze znamion kwiatowych krokusa. Uznawany za najdroższą przyprawę świata (150 tys. kwiatów daje tylko kilogram przyprawy), na marokańskim targu nie jest znowu aż tak drogi - po dłuższych negocjacjach można kupić 100 g za 20-25 dirhamów. Z innych znanych Europejczykowi aromatów popularne w marokańskiej kuchni są m.in. cynamon, kurkuma, kolendra, różne rodzaje pieprzu i papryki, goździki, imbir, kardamon i gałka muszkatołowa - jeśli mamy trochę czasu na targowanie się, wszystko do nabycia w bardzo przystępnej cenie.
Dzień zakończył się niespodziewanym ornitologicznym akcentem. Po piekarni znajdującej się naprzeciwko hotelu krząta się para trznadli saharyjskich! Ptaki odpoczywają na półkach sklepowych i można je podziwiać z pół metra. Dostajemy też zgodę właściciela na wykonanie zdjęć. Po bliskim spotkaniu z trznadlem powrót do hotelu - w kolejnym dniu czeka nas droga nad Atlantyk...

c.d.n.

3 komentarze:

  1. Bardzo przyjemnie się czyta ! Wspaniały opis wyprawy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Suuuper relacja, zazdroszczę takiego ciekawego wyjazdu i czekam na kolejną część. :)
    Ale w tym Maroku czerwono!
    Pozdrawiam
    Emilia

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za komentarze - część druga już wkrótce! :)
    Rzeczywiście, zwłaszcza przy ostrym słońcu wszystko mieniło się w czerwonawej poświacie ;)

    OdpowiedzUsuń