poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Na Ziemi Świętej - I: Dzień, który zaczął się po zmroku (15 III 2016)

Izrael to dla amatorów ptaków Palearktyki pozycja obowiązkowa. Lokalną awifaunę, oferującą prawdziwą egzotykę, uzupełniają wiosną i jesienią miliony ptaków migrujących. W końcu Ziemia Święta położona jest na skrzyżowaniu szlaków wędrówkowych z trzech kontynentów: Europy, Azji i Afryki. Kiedy latem 2015 roku zająłem się organizacją wyjazdu do Izraela uderzyła mnie liczba dotąd niewidzianych gatunków, które "czekały" na mnie w tym niewielkim kraju - pomimo dwóch wypraw do Maroka oraz wycieczek do Hiszpanii i Gruzji wciąż miałem tam realną szansę na 30-40 nowości, co przy zaawansowanym "liczniku" raczej nie mogło mi się przydarzyć już nigdzie indziej w "West Palu". Wycieczka odbyć się miała pomiędzy 15 a 22 marca 2016 roku - wydawało się, że uda nam się pogodzić zarówno obserwację przelotu, jak i gatunków lęgowych. Zdawałem sobie sprawę, że tydzień to bardzo krótki okres: skazani będziemy na spore tempo (którego nie lubię), a i tak nie zobaczymy wszystkiego. Izrael do tanich destynacji jednak nie należy - porównanie z Norwegią samo ciśnie się do głowy. Z ekonomicznego punktu widzenia, bardziej opłacalne są dwie krótsze wizyty, niż np. jedna dwutygodniowa. Odpowiednio wcześniej zarezerwowane bilety z Krakowa do Eilatu kosztowały nas niecałe 500 złotych w obie strony - całkiem rozsądnie. Ponieważ samoloty z Europy lądują na lotnisku Ovda, położonym na pustyni i oddalonym od miasta Eilat o... 60 km, takie rozwiązanie nastręczało spore problemy z organizacją samochodu (przy lotnisku brak wypożyczalni). Okazało się jednak, że oferta prywatnych przewoźników pomiędzy lotniskiem i miastem jest dość przystępna. Jako osobie preferującej ekonomiczne wyjazdy, serce krajało mi się podczas poszukiwań miejsc noclegowych. Stosunek cen do jakości wypada w Izraelu dość słabo - trzeba się dobrze nagimnastykować, aby za 100 złotych wyspać się w warunkach zbliżonych do standardów znanych z Europy. Niemniej, opłaciło się polowanie na promocje na booking.com, dzięki czemu (co nie jest łatwe) udało nam się sporo zaoszczędzić i kwaterować w mniej lub bardziej przyzwoitych warunkach. Pozostała jeszcze kwestia bezpieczeństwa - pod koniec 2015 roku z zapartym tchem obserwowałem rozwój sytuacji na zachodnim brzegu Jordanu oraz w Jerozolimie Wschodniej. Sytuacja unormowała się jednak nieco po Nowym Roku (pomijając fakty pojedynczych ataków Arabów w Tel Awiwie). Ze względu na napięcia na pograniczu z Libanem i Syrią odradzano także podróżowanie na tereny przygraniczne - w pierwotnych planach nie uwzględniamy więc wizyty na północy Izraela. Reszta kraju (oczywiście za wyjątkiem Strefy Gazy) wydawała się być bezpieczna i przyjazna turystom. Więcej nie było się nad czym zastanawiać - w 2014 roku zrezygnowałem z wyjazdu do Turcji na rzecz Skandynawii, a od 2015 roku wyjazd na pogranicze syryjsko - irackie stał się już zbyt dużym ryzykiem - w przypadku niektórych krajów "podwyższonego ryzyka" należy korzystać z możliwości ich odwiedzenia, póki tylko jest to możliwe. Pozostała jeszcze kwestia składu: w pierwszym sorcie akces zgłosili Paweł Kołodziejczyk, Marian Domagała i Adam Chlebowski. Wokół obsady piątego miejsca były spore zawirowania, ale ostatecznie na wyjazd decyduje się Dawid Panasiuk, którego zwabiła wizja obserwacji przelotu szponiastych. W Izraelu każdy znajdzie coś dla siebie :). Spośród naszej piątki, Izrael za ptakami odwiedził jedynie Paweł - pozostałych uczestników wyprawy czekało więc zderzenie z zupełnie orientalnym ptasim Światem. 

*          *          *          *          *

15 marca, ósma rano. Startujemy z Krakowa. Klimat zapewniony od początku wyjazdu - na pokładzie grupa kilkudziesięciu ortodoksyjnych chasydów, przywdzianych w tradycyjne czarne chałaty i czarne kapelusze zakrywające jarmułki - strój, który ukształtował się na ziemiach Rzeczpospolitej pomiędzy XVIII a XX wiekiem. Oczywiście są i obowiązkowe brody i pejsy. Co ciekawe, podczas całego wyjazdu nieczęsto spotykać będziemy ortodoksów - zwłaszcza w większych ośrodkach miejskich, dominuje niepodważalnie "styl europejski". Sam lot przebiega bez zakłóceń, aż do chwili lądowania - tuż przed podejściem do pasa startowego przebijamy się przez burzę piaskową i trzęsie nami niemiłosiernie. Tradycyjne brawa dla pilota są tym razem jak najbardziej na miejscu ;). Po wyjściu na płytę lotniska uderza w nas przyjemne ciepło, ale także mniej przyjemny sztormowy wiatr. To nie jedyny efekt burzy piaskowej, bo niebo zmieniło barwę na szaroniebieską - tarcza słoneczna przypomina tę, którą widziałem w ubiegłym roku podczas zaćmienia słońca. Najwyraźniej wyglądamy na mocno zaaferowanych, bo już zainteresowały się nami służby bezpieczeństwa. Kobieta o twarzy pokerzysty zadaje nader kłopotliwe pytania. Kogo znamy w Izraelu? Gdzie pracuje? Jak się poznaliśmy między sobą? W końcu zostajemy wpuszczeni do terminalu, ale tu kolejne wąskie gardło - kontrola paszportowa. Podejrzenia wzbudzają dwie pieczątki z Maroka oraz odpowiedzi na pytania o trasę przejazdu - celnicy chyba nie rozumieją, że pod granicą z Egiptem i Jordanią jest sporo ciekawych ptaków. ;) Zostajemy poproszeni o udokumentowanie rezerwacji noclegów - na szczęście przezornie wydrukowaliśmy wszystkie potwierdzenia. Jeszcze dwie minuty podziwiania przedłożonych kartek i w końcu w paszporty wbite zostają pieczątki, upoważniające nas do pobytu w Izraelu! Wymieniamy pierwsze pieniądze na szekle - stosunek izraelskiej waluty do polskiej to praktycznie 1 do 1, a więc łatwo się w kwestiach finansowych połapać. Gorzej, że w kantorach nie zwykło się podawać aktualnych kursów do publicznej wiadomości - w okienko wkładamy więc pieniądze i w zamian dostajemy szekle - najwyraźniej po kursie umownym (i domyślam się, że zmiennym w zależności od prezencji petenta). Po wyjściu na parking tzw. portu lotniczego (Ovda przypomina raczej aeroklub) czeka nas kolejne zadanie - odnaleźć nasz busik (Eilat Shuttle) do Eilatu. Jest trochę nerwów, ponieważ po dokonaniu rezerwacji nie otrzymaliśmy na maila żadnego personalnego potwierdzenia - co więcej, karta kredytowa nie została obciążona kwotą rezerwacji - ale okazały się one niepotrzebne. Pan reprezentujący Eilat Shuttle odnajduje nas sam :). W oczekiwaniu aż autobus się zapełni obserwujemy pierwsze ptaki - nad budynkiem lotniska krąży kilka jaskółek płowych - mój pierwszy nowy gatunek widziany w Izraelu!

 W kolejce do odprawy bagażowej (fot. MD)

 Szaroróżowo po burzy piaskowej
Trwało to, trwało!
Przed "portem lotniczym" Ovda
Jaskółka płowa (Ptyonoprogne obsoleta)
Antylopy - na razie z metalu ;)

W końcu odjeżdżamy. Kurs do miasta trwać ma około godzinę. Opuszczamy lotniskowy parking i od razu znajdujemy się w szczerej pustyni. Po około 10 minutach droga numer 12 dobija do granicy z Egiptem i od tej pory, po naszej prawej stronie towarzyszą nam podwójnie zbrojone druty kolczaste. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, kamienista i jałowa pustynia Negev, zajmująca aż 40% powierzchni Izraela. Pod względem historycznym Negev nie należy do Palestyny, ale do Arabii, jako "kraina Beduinów", w której pustynie egipskie stykały się z saudyjskimi. Dopiero powstanie Izraela i potrzeba posiadania przez nowe państwo strategicznego portu nad Morzem Czerwonym wydobyły Negev z nicości. Krajobrazy z początku powalają jedynie swoim bezkresem, ale zmienia się to po chwili, kiedy wjeżdżamy w strefę gór. Surowe zbocza, kaniony i wyjątkowo malownicze formacje skalne, pokonywane przez nasz autobus krętymi serpentynami tworzą magnetyzujący pejzaż. Po około 50 minutach, ni stąd, ni zowąd, bez żadnej zapowiedzi w postaci przedmieścia, wyrasta przed nami Eilat - 50-tysięczne miasto nad Zatoką Akaba Morza Czerwonego - wielki międzynarodowy kurort, okno wystawowe dla arabskich sąsiadów oraz brama do Oceanu Indyjskiego. Miasto na wskroś nowoczesne, ze strzelistymi wieżowcami, opływającymi w luksusy hotelami i zadbanymi skwerami i alejkami. Na ulicach Chevrolety, Fordy i Mustangi. Tłumy turystów. Mieszkańcy ubrani bardziej po europejsku, niż niejeden z nas ;). Izraelskie Las Vegas. Nasi Chasydzi z samolotu byliby zapewne przerażeni panującą tu swobodą obyczajową. Chociaż związki Eilatu z historycznymi ziemiami żydowskimi mają potwierdzenie w Biblii - podobno właśnie w tym miejscu Naród Wybrany wyszedł z Morza Czerwonego po ucieczce z Egiptu - współczesne miasto powstało podczas wojny o niepodległość Izraela, po której ONZ przyznał państwu żydowskiemu dostęp do zatoki Akaba. Rozwój miasta blokowały ciągłe tarcia w regionie, m.in. kryzys sueski (1956) i wojna sześciodniowa (1967), podczas których Egipt blokował szlak morski do Eilatu. Lepsze czasy nastały dopiero po zawarciu pokoju z sąsiednimi krajami - Egiptem (1979) i Jordanią (1994) - boom budowlany, który nastał w latach 90-tych trwa do dziś.

 Krajobraz w drodze do Eilatu
 Krajobraz w drodze do Eilatu
Pustynia kończy się nagle i ustępuje miejsca miastu

Z mikrofonu dobiega wreszcie zapowiedź naszego przystanku - Astral Coral Hotel - stąd najbliżej nam do Shallom Center, gdzie znajduje się siedziba wypożyczalni samochodów Eldan. W drodze po samochód obserwujemy pierwsze na wyjeździe synogarlice senegalskie - o ile ptaki, które widziałem w Maroku i Gruzji były dość ostrożne, te izraelskie zachowują się jak nasze gołębie miejskie. Przed Eldanem czeka już na nas przyzwoicie wyglądający Chevrolet Orlando... oraz kolejny nowy gatunek - wrona orientalna - specjalność z Indii, która dość niedawno dotarła do regionu na statkach i do zobaczenia jest tylko w rejonie Eilatu. Jeszcze tylko dopięcie formalności, podczas których dowiadujemy się, że musimy dopłacić 21 dolarów za dodatkowego kierowcę (zgodnie z internetową rezerwacją powinien być "free") i możemy ruszać w teren! Dochodzi piętnasta, mamy więc jeszcze dwie i pół godziny światła na obserwacje. Ta najważniejsza powinna jednak mieć miejsce już po zmierzchu - wodopoje odwiedza wtedy stepówka prążkowana. Fakt ten wyróżnia ją spośród pozostałych stepówek Palearktyki, które czynią to o poranku. Tak się składa, że saliny na dwudziestym kilometrze drogi nr 90, oddalone o 10 minut jazdy samochodem z Eilatu to obecnie najpewniejsze w "WestPalu" miejsce do obserwacji tej rzadkości. Chęć zobaczenia stepówek prążkowanych była jednym z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na lądowanie w Eilacie, zamiast w dającym więcej wygód Tel Awiwie. Nasz pierwszy ptasi dzień w Izraelu miał się więc na poważnie zacząć... po zmroku ;). Zapowiadały się duże emocje!

Synogarlice senenegalskie (Streptopelia senegalensis)
Synogarlica senegalska (Streptopelia senegalensis)
 Na ulicach Eilatu
Negocjujemy samochód
Wrona orientalna (Corvus splendens)

Zjazd na "K-20 Saltplans", który znajduje się tuż za bramkami kontrolnymi na rogatkach miasta łatwo jest minąć, ale dzięki Pawłowi, który był tu dwa lata temu (i Marianowi, który był tu parę dni temu z Google Street View ;)) zjeżdżamy we właściwą drogę. Po chwili parkujemy na szutrowej drodze pomiędzy odstojnikiem i sporych rozmiarów zabudowaniami gospodarczymi przeznaczonymi pod hodowlę bydła. Już z auta zauważamy pierwszego bilbila arabskiego - na razie z daleka, ale jeszcze będą okazje, aby się tych towarzyskich ptaków naoglądać. Zaraz po opuszczeniu pojazdu z pobliskich zakrzaczeń płoszą się trzy żołny wschodnie! Ptaki siadają na ogrodzeniu otaczającym hodowlane baraki - rzekomo to mało płochliwy gatunek, ale nasze trzy osobniki zachowują dystans. Niemniej, to uczta dla oczu! Nad nami pojawia się pierwszy "drapol" wyjazdu - sokół wędrowny. Moją listę gatunkową wzbogacają też wszędobylskie czajki szponiaste - niezwykle urokliwe i niezwykle... hałaśliwe ;). Zanim wejdziemy na groblę obserwujemy jeszcze 3 gęsiówki egipskie (zapewne naturalnej proweniencji), dymówki, kilka rożeńców, czapelek złotawych oraz synogarlic senegalskich. Dobry start!

Żołna wschodnia (Merops orientalis)
Żołna wschodnia (Merops orientalis)
Żołna wschodnia (Merops orientalis)
Droga z "żołnowym" ogrodzeniem
Czajka szponiasta (Vanellus spinosus)
Czajka towarzyska (Vanellus spinosus) - digiscoping

Przez dziurę w ogrodzeniu przedostajemy się nad odstojnik. Do zachodu słońca jeszcze ponad godzina czasu, którą poświęcamy na obserwacje przebywających tu ptaków. A jest ich niemało! W narożniku zbiornika, gdzie spodziewamy się po zmroku stepówek polują czaple złotawe, nadobne, siwe i ślepowrony. Na tafli ponad setka płaskonosów, sporo łysek i para zauszników. Instalujemy się z lunetami i możemy przyjrzeć się "drobnicy" - po brzegach akwenu spacerują dwie pliszki "czarnogłowe" podgatunku feldegg, 3 bataliony i sporo pliszek siwych. W powietrzu dzieje się niewiele, ale i tak odnotowujemy krogulca, rybołowa, brzegówki, rybitwy białowąse, kilka błotniaków stawowych oraz bociana białego.

 Nieoficjalne wejście na odstojnik
 Odstojnik przy K20
W tym narożniku pojawić się mają stepówki - póki co podziwiamy czaple złotawe (Bubulcus ibis) i nadobną (Egretta garzetta), ślepowrona (N. nycticorax) i czajki szponiaste (Vanellus spinosus)
Wrona orientalna (Corvus splendens)
 Filmowanie czajek szponiastych
Odstojnik przy K20
Batalion (Philomachus pugnax), który postanowił... popływać! ;)

Słońce kryje się wreszcie za horyzont. Nad odstojnikiem przelatuje stadko 13 flamingów różowych, ale my koncentrujemy już wysiłki na penetrowaniu lunetami skarpy północno-wschodniego narożnika, skąd powinny nadejść stepówki. Dość drobne ptaki lądują w pewnej odległości od wodopoju, a następnie ostrożnie podchodzą do wody - w słabej widoczności i na kamienistym gruncie łatwo można by je przeoczyć. Wybija osiemnasta - to już ten czas. Lecz nagle zauważamy dwóch obserwatorów, którzy nadchodzą nad zbiornik i zajmują pozycję na przeszukiwanej przez nas skarpie! Początkowo wzbiera w nas złość z powodu takiej nieostrożności, która może wszystko zaprzepaścić, dopóki nie zauważamy, że przybyli ptasiarze wyglądają bardziej na "lokalsów", niż niedzielnych turystów. Może zatem mają dokładniejsze informacje dotyczące aktualnego miejsca, w którym stepówki podchodzą do wody?  Teraz już nie zaszkodzimy sprawie - postanawiamy się do nich dosiąść, dzięki czemu wyraźnie skrócimy dystans obserwacji. Nieznaczne skinienia dłońmi, w ciszy zajmujemy miejsca. Pełna koncentracja - jeśli ptaki mają się tego wieczoru pojawić, wszystko rozegra się w ciągu najbliższych kilku minut. Jest już bardzo ciemno, kiedy zauważamy niewielki ruch nad taflą - jedna ze stepówek niespostrzeżenie dotarła już do wodopoju! Po chwili zauważamy kolejne dwa ptaki, które rozważnym tempem schodzą po stromiźnie. Wśród nich jest na szczęście jeden pięknie wybarwiony samiec! Wtem ptaki podrywają się i wydaje się, że to już koniec obserwacji - na szczęście para ląduje blisko nas, w pobliżu rury odpływowej, obok której Paweł oglądał je dwa lata temu! To już stwarza szansę na zrobienie zdjęcia - błyskawicznie i w miarę bezdźwięcznie podmieniam lunetę na aparat i montuję wężyk spustu migawki. Dłuższą chwilę zajmuje mi namierzenie ptaków - jest już całkiem ciemno, a o podświetleniu latarką nie ma mowy. Autofokus ustawiam bardziej na wyczucie. Czasy naświetlania absurdalnie długie i w zasadzie zdjęcia nie mają prawa wyjść... ale jedno z nich wychodzi całkiem przyzwoici! Szansy na repetę nie będzie - czujne stepówki zauważają w końcu ruch jednego z nas i w tej samej chwili znikają w mroku nocy. Fantastyczna obserwacja!

Flamingi różowe (Phoenicopterus roseus) - na wystawę sztuki współczesnej ;)
Stepówki prążkowane (Pterocles lichtensteinii) przy wodopoju - jak z obrazka w "Collinsie" ;)
Stepówki prążkowane (Pterocles lichtensteinii)

Dla nas to jednak jeszcze nie koniec dnia - czeka nas trzygodzinny przejazd do Ezuz, położonego tuż przy granicy z egipskim Synajem - tam nazajutrz zmierzymy się z jednym z najważniejszych gatunków wyprawy - hubarą arabską. Droga dłuży się niemiłosiernie - jesteśmy już dość sfatygowani podróżą, która dla niektórych rozpoczęła się wieczorem poprzedniego dnia. Przed dotarciem do celu trochę energii na ostatnie kilometry wlewa w nas obserwacja polującej wzdłuż drogi płomykówki. Udaje się nam też usłyszeć kulony - ich zawodzenie to jeden z moich ulubionych nocnych wokali. Nasza kwatera (Tobiana Desert Lodging), mimo iż jedna z droższych, przypomina zaniedbane meksykańskie ranczo. "Sypialnia" oddzielona od "jadalni" zasłoną, składa się z dwóch materacy, nocnej lampki i małego otworu okiennego. Z drugiej strony jest ciepła woda i prąd. Zresztą w Ezuz nie płaci się za wygody, tylko za... bliskość hubar! ;) Obyśmy przekonali się nazajutrz, że nie jest to tylko tani chwyt marketingowy!

 Tobiana Desert Lodging - klimat niezaprzeczalny ;)
 Tobiana Desert Lodging - wejście do "sypialni"

c.d.n.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Pouczająca lekcja - 13-te stwierdzenie jaskółki rudawej (Cecropis daurica) w Polsce!

Działo się w Polsce przez ostatnie dni! Dla awifauny, znalazców rzadkości i dziesiątek tłiczerów, najświeższe wydarzenia miały wydźwięk jak najbardziej radosny. Osobiście nie mogłem jednak podzielić powszechnego entuzjazmu, bowiem wypunktowany zostałem bezpardonowo w paśmie spektakularnych porażek. Ale niestety - kto nie ryzykuje i małej jest wiary, szampana nie pije.
U schyłku minionego tygodnia wyglądało to tak...

*          *          *

W poniedziałek 4 kwietnia miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć puste trzcinowisko na jednym ze spytkowickich stawów, na którym od soboty śpiewała trzecia dla kraju tamaryszka. Chwilę potem na Kujawach "wyskoczył" piąty dla Polski świstun amerykański - gatunek z rzędu tych traumatycznych - bo ciężko mówić o nim inaczej po dwóch nieudanych podejściach. Moja ekipa ruszyła na niego w ostatni czwartek - ja odmówiłem: świstun na pewno odleci w nocy - przekonywałem siebie i innych. Jak nietrudno się domyślić, nie odleciał - co więcej, do obejrzenia był jeszcze tylko tego dnia... Ciąg dalszy sensacji nastąpił w sobotę - w "Dolinie Karpia" Mateusz Łodziński znalazł trzynastą dla Polski jaskółkę rudawą! Koledzy znów wyciągają na "tłicz", a ja znów pozostaję sceptyczny - takie jaskółki to zwykle "historie jednodniowe". W konsekwencji tej dedukcji, nie przystępuję do wyjazdu... i strzelam kolejnego samobója - nazajutrz okazuje się, że ptak przenocował w trzcinach... Nie dość, że pozbawiłem się rzadkości, to jeszcze możliwości dotarcia na miejsce w niedzielę - po kilkunastu telefonach miałem wrażenie, że każdy był/jest już na miejscu stwierdzenia. Tymczasowo nie byłem zmotoryzowany (podziękowania dla kuny domowej z mojego osiedla), a organizacja wycieczki komunikacją zbiorową okazuje się zbyt skomplikowanym wyzwaniem. Wszystko wskazuje na to, że wstydliwy wynik 0-3 nie ulegnie już zmianie - to chyba niemożliwe, żeby jaskółka pozostała w tym samym miejscu jeszcze kolejny dzień?

*          *          *

A jednak! PGL z potwierdzeniem nadchodzi w południe, a dzięki szczęśliwemu splotowi wydarzeń dostaję szansę na rehabilitację. Na stawie w Brzeźnicy melduję się późnym popołudniem. Z początku ogarnia mnie czarna rozpacz. Ogromne stado jaskółek krąży wysoko na niebie - w panujących warunkach oświetleniowych wszystkie wydają się być jednakowo ciemnymi, małymi punkcikami. Po tym, co przeżywałem poprzedniego dnia, nie stać mnie już jednak na załamywanie rąk ;). Nie mija minuta i mam ją! Ale dopiero po niemalże godzinie, wspólnie ze śląską ekipą (Michał Janosz i spółka - wielkie dzięki za wspólny tłicz!) doczekamy się polowania "rudawej" nad taflą wody, podczas którego dopiero w pełni docenić można jej nietuzinkową urodę. :) Wracając do domu stale zachodzimy w głowę nad niesamowitością pobytu ptaka w tym samym miejscu przez co najmniej trzy dni... 
Jaskółka rudawa zapisuje się na mojej krajowej liście gatunkowej pod numerem 332 - jest tym samym pierwszym gatunkiem, który udaje mi się zaliczyć w Polsce w roku 2016. I oby nie ostatnim - wnioski z pouczającej kwietniowej lekcji wyciągnąłem - w skrócie: więcej wiary! ;) 

 Miejsce akcji - jeden ze stawów w Brzeźnicy
 "Żelazny ptak" - Jak-40 - dzięki któremu nie sposób nie trafić we właściwe miejsce :)
Jaskółka rudawa (Cecropis daurica)
Jaskółka rudawa (Cecropis daurica)
Jaskółka rudawa (Cecropis daurica)
Jaskółka rudawa (Cecropis daurica)
Farciarze - od prawej: Wojtek Cichy, Wojtek Piecha, Jacek Michalik, Michał Janosz i ja.
Wieczór - dymówki zapadają w trzcinowisko na nocleg. Czy rudawy gość pozostanie z nimi?

niedziela, 13 marca 2016

Noc Sów po raz pierwszy w Opolu!

W miniony sobotni wieczór (12 marca) odbyła się w Opolu pierwsza wycieczka zorganizowana w ramach Nocy Sów - ogólnopolskiej akcji edukacyjnej, będącej inicjatywą stowarzyszenia Ptaki Polskie. Koordynacją opisywanego wydarzenia w Opolu zajęło się Opolskie Towarzystwo Przyrodnicze. Celem wycieczki było przedstawienie jej uczestnikom biologii sów, przekazanie informacji o poszczególnych (głównie tych występujących na Opolszczyźnie) gatunkach oraz metodach badań i ochronie sów. Nie zabrakło miejsca na omówienie znaczącej roli sów, jaką odgrywały (i odgrywają!) one w polskich legendach i kulturze. 
Głównym zamierzeniem była jednak obserwacja sów - dwóch gatunków występujących na opolskiej wyspie Bolko - uszatki i puszczyka. Na przeszkodzie w realizacja tego punktu programu stanęła jednak pogoda - niska temperatura, ciągły opad o zmiennym natężeniu, księżyc między nowiem a pierwszą kwadrą, nieznaczny wyż - to nie są warunki, które sprzyjają aktywności sów. Nie zdziwił specjalnie fakt, że ptaki nie reagowały nawet na próby stymulacji głosowej. Pomimo dobrych chęci, z naturą wygrać się nie dało :). 
Dwie i pół godziny spędzone na wyspie Bolko nie były jednak z pewnością czasem zmarnowanym - myślę, że w opinii większości uczestników wycieczki. No właśnie - na spotkanie z sowami wyspy Bolko przybyło aż... 113 osób! Takiego zgromadzenia obserwatorów przyrody Opole chyba jeszcze nie widziało! :) Odwiedziły nas nawet osoby z ościennych województw - nie zabrakło też rodzin z dziećmi. Bardzo motywujące!
Wspomnieć muszę jeszcze o opolskich mediach, które również przyczyniły się do tak wysokiej frekwencji - w promocji wydarzenia udział wzięły Nowa Trybuna Opolska, TVP Opole, Radio RMF MAXXX, Radio Eska, Radio Doxa i Radio Opole - dziękujemy i liczymy na dalszą współpracę! :)

W opolskiej Nocy Sów udział wzięli: Krzysztof Antczak, Anna Bartosińska, Jan Bartosiński, Lena Bartosińska, Łukasz Berlik, Zdzisława Bernaś-Kośny, Tomasz Błotnicki, Łukasz Broncarz, Marcin Cebula, Monika Cieniawska, Bartosz Ciszak, Maria Ciszak, Grzegorz Cyranka, Barbara Domeyko-Gabor, Andrzej Drabik, Danuta Drabik, Mateusz Fikiel, Elżbieta Flisak, Dariusz Galan, Anna Głowacka, Magda Głowacka, Barbara Graczyk, Adrian Grela, Marcel Grela, Mateusz Grela, Joanna Gryp, Monika Gwiozda, Andrzej Hamapa, Anna Hyjek, Dariusz Hyjek, Filip Hyjek, Szymon Hyjek, Barbara Idzikowska, Dagmara Idzikowska, Damian Idzikowski, Ewelina Jakusz, Karina Jakusz, Milena Jakusz, Oktawian Jakusz, Grzegorz Karbowiak, Joanna Kiera-Stolarska, Katarzyna Kiera, Tomasz Kłązenek, Filip Knopik, Tomasz Kopik, Justyna Kopeć-Bronder, Sandra Kopeć, Aleksandra Kowalska, Maciej Kowalski, Maria Krzyk, Sonia Kucharska, Karolina Kurtasz, Iwo Lukasek, Aleksandra Maciąg, Małgorzata Maciąg, Mirosław Maciąg, Małgorzata Majcher, Anna Marek, Rafał Mazur (z dwójką dzieci), Krzysztof Michalik, Dorota Miśta, Przemysław Miśta, Katarzyna Morawska, Marek Morawski, Bogusław Mrukot, Jolanta Mrukot, Michał Mrukot, Radosław Musioł, Adam Nitka, Joanna Nitka, Izabela Ozimska, Olaf Pajączkowski, Anna Patrys, Dariusz Pawliszyn, Janusz Piotrowski, Sylwia Piotrowska, Monika Pocałujko, Szymon Pytlik, Małgorzata Rosińska, Agnieszka Sadowska, Jakub Sadowski, Alina Sandorska, Roman Sandorski, Nikodem Sękowski, Kacper Sołtysiak, Jacek Stec, Hanna Stelmach, Joanna Stelmach, Stanisława Stelmach, Wojciech Stelmach, Karol Stolarski, Izabela Stosch, Patryk Szczepański, Janusz Szymańczyk, Agata Śliwińska, Joanna Taborska, Oliwier Taborski, Wojciech Taborski, Karolina Tańcula, Andrzej Trojnarski, Łukasz Trojnarski, Karolina Vida, Valeria Vida, Paweł Wachowiak, Andrzej Wesołowicz, Patryk Wesołowicz, Adam Wons, Kacper Zając, Andrzej Żarek, Piotr Żółtocki, Paweł Żyła

 Zbiórka przed mostem na wyspę Bolko (fot. Łukasz Berlik)
 Zbiórka przed mostem na wyspę Bolko (fot. Łukasz Berlik)
 Startujemy w parku Nadodrzańskim (fot. Łukasz Berlik)
Przystanek nad Kanałem Wińskim (fot. Łukasz Berlik)
Puszczyki (Strix aluco) niestety pokazać się nie chiały... (fot. archiwum)
Nagrodami w konkursach były w większości upominki od stowarzyszenia Ptaki Polskie... ale również ręcznie wykonane przez Olę Kowalską breloki z uszatkami (Ola Kowalska Art)
Nagrodami w konkursach były w większości upominki od stowarzyszenia Ptaki Polskie... ale również ręcznie wykonane przez Olę Kowalską breloki z uszatkami (Ola Kowalska Art)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Holandia po raz drugi (23-24 I 2016) - na spotkanie wiośnie i egzotyce

Zimowa aura nie nastrajała w ostatnich tygodniach do planowania poważniejszych wycieczek za ptakami po Polsce. Ponieważ na ostatnim porządnym ptasim wyjeździe byłem w sierpniu, nic dziwnego, że ckniło mi się już za nowymi miejscami i gatunkami, których nie spotykam w terenie codziennym. Po cichu liczyłem, że okazji do ciekawej peregrynacji dostarczy jakaś super-rzadkość, jednak pomijając noworocznego dropa, który ulotnił się szybciej, nim zdążyłem zareagować na wieść o jego wykryciu, takich okazji na przełomie 2015/2016 nie było. Swoje nienasycone spojrzenie skierowałem więc na Warszawę, skąd od połowy stycznia meldowana była amerykańska mewa delawarska - wprawdzie już widziana przeze mnie w styczniu 2014 roku w Ostródzie, ale nie na tyle komfortowo, żebym nie czuł potrzeby, by do "zamorskiego" tematu powrócić. Ostatecznie jednak, postanowiłem nie zadowalać się paremią "na bezrybiu i rak ryba" i zamiast pocieszać się "delawarskim rakiem" zmienić rejon połowów na bardziej zarybiony;). Szybko znalazłem wspólny mianownik dla sformułowań "nowy teren", "nowe gatunki" i "mnogość ptaków" - Holandia! Dzięki rozbudowanej (i darmowej!) sieci dróg na zachód od Odry i Nysy Łużyckiej, pomarańczowa kraina znajduje się w zasięgu około 9 godzin jazdy z Opola. Od początku roku śledziłem intensywnie rozwój wydarzeń w Niderlandach i wiedziałem, że atrakcji jest aż za dużo, jak na jeden weekend - przede wszystkim pierwszy dla Holandii słowik rubinowy - poza Uralem, w "WestPalu" przeogromna rzadkość! Ponadto, kolejne azjatyckie gatunki: świstunka brunatna, świstunka ałtajska i trznadel białogłowy. Jak zwykle w tym okresie nie brakowało też amerykańskich i północnych akcentów - tym razem w postaci m.in. ogorzałki małej, gągołka i kilku lodowców. Jeśli dodać do tego reprezentantów tzw. "drobiu" - aleksandrettę większą i łabędzia czarnego, których nie było mi dane zobaczyć w 2015 roku, a które dzięki stabilnym populacjom lęgowym "zaliczalne" są tylko w Holandii, miałem wyrysowany na szybko plan wyjazdu. Pertraktacje przeciągały się w nieskończoność i dopiero w dniu wyruszenia w drogę wyjazd był przesądzony. Skład: Paweł Kołodziejczyk, Krzysiek Ostrowski, Tomek Grochowski, Michał Skóra i ja. Termin: weekend 23-24 stycznia 2016.
Późnym piątkowym wieczorem, już w komplecie wyjeżdżamy z okolic Masywu Ślęży w kierunku autostrady A4, pozostawiając za sobą dziewiętnastostopniowy mróz. Aż do Magdeburga droga przebiega bez większych komplikacji. W Saksonii dostajemy się w centrum śniegowej zadymki, wzbogaconej o gęsty kożuch mgły i gołoledź, przez co ponad półtorej godziny poruszamy się z prędkością 40 km/h. Bliżej holenderskiej granicy zaczyna się na szczęście przejaśniać i świt zastaje nas pod czystym niebem i ze słupkiem rtęciowym przekraczającym 10 stopni w plusie. Pierwszy postój na stacji benzynowej przynosi miłe dla ucha wiosenne trele zięb, pełzaczy, kowalików i sikor oraz obserwacje grzywaczy i czarnowronów. Jeszcze nie zobaczyliśmy niczego specjalnego, a radości już co niemiara - nie ma to, jak skrócić sobie oczekiwanie na wiosnę! ;)
Nasz pierwszy poważny cel znajduje się niedaleko - od tygodnia, z przygranicznego Enschede meldowana była, gniazdująca na Syberii świstunka brunatna. Dojeżdżamy do schludnej dzielnicy De Broeierd, gdzie parkujemy auto w pobliżu areny piłkarskiej popularnego w Holandii klubu FC Twente. Wraz z napotkanym birdwatcherem podążamy w kierunku małego kompleksu stawowego Retentiegebied Kristalbald. Po paru minutach jesteśmy na miejscu, o czym świadczy chociażby obecność ośmiu osób z aparatami i lornetkami wycelowanymi w wąskie trzcinowisko porastające brzeg kanału odpływowego jednego ze stawów - to tutaj pojawia się świstunka brunatna, która również na lęgowiskach preferuje podobne zarośla w miejscach podmokłych. Uspokojeni na starcie informacją, że ptak był tu przed chwilą, czekamy zaledwie parę minut - świstunka wyskakuje nagle z kłębowiska uschniętej trzciny i siada na jednym ze złamanych źdźbeł! Przez kolejne minuty przekonujemy się, że jest to gatunek bardzo skryty. W końcu udaje nam się jednak dojrzeć diagnostyczne cechy: małą projekcję lotek, cienki i spiczasty dziób, cienkie i jaśniejsze niż u pierwiosnka nogi, szarobrązową i ciemną tonację ubarwienia bez śladu żółci na bokach i podogoniu oraz ostro zarysowaną jasną brew. Przewodnik "Collinsa" ostrzega o ryzyku pomyłki ze strzyżykiem i mamy okazję przekonać się, że coś jest na rzeczy, kiedy mały "troglodyta" wyłania się z tego samego co świstunka trzcinowiska ;).

Retentiegebied Kristalbald w Enschede
Na miejscu czeka już grupa tłiczerów
Świstunka brunatna (Phylloscopus fuscatus)
Świstunka brunatna (Phylloscopus fuscatus) - świetnie widoczna mała projekcja lotek
Świstunka brunatna (Phylloscopus fuscatus)
Świstunka brunatna (Phylloscopus fuscatus)
"Beware of the Wren"! ;) - strzyżyk (Troglodytes troglodytes)
Odnoszę wrażenie, że każdy holenderski kanał ma swoje kokoszki (Gallinula chloropus)
1-0 dla nas :)
Tłiczerzy w miejscu stwierdzenia świstunki brunatnej
Cyraneczki (Anas crecca)

Ze świstunką poszło gładko - rzucamy jeszcze okiem na najbliższy staw, gdzie za sprawą licznych cyraneczek, krakw i gęgaw wiosnę czuć już na całego, po czym ruszamy w dalszą drogę na spotkanie z kluczowym gatunkiem naszej wyprawy: pierwszym dla Holandii słowikiem rubinowym, obserwowanym od 15 stycznia w Hoogwoud! Trasa prowadząca najpierw na zachód do Amsterdamu, a następnie na północ przez prowincję Noord-Holland przynosi szereg ciekawych obserwacji dokonanych z... autostrady ;). Wszędzie na polach obecne są bardzo duże ilości gęsi, wśród których wypatrujemy m.in. stadko 11 bernikli kanadyjskich pod Wijdewormer, pojedyncze ohary, grupę ponad 50 łabędzi czarnodziobych niedaleko Laren i oczywiście gęsiówki egipskie, które w Holandii są na porządku dziennym. Na polach pod Bathmen zauważamy 20 kulików wielkich, a w kilku miejscach również czajki, których największe stado pod Wijdewormer przekracza z pewnością 500 osobników. Nie dziwię się, że w Holandii birdwatching jest sportem narodowym - ptaki są tu dosłownie wszędzie i to w ilościach hurtowych - ciężko o lepszą motywację do rozpoczęcia przygody z lornetką!
Około 12:30 docieramy do Hoogwoud - małej mieścinki z bardzo ładną i gustowną szeregową zabudową (o którym holenderskim miasteczku nie można by tego powiedzieć?). W pobliżu domów, pomiędzy którymi pojawia się słowik z trudem znajdujemy miejsce do parkowania - ciężko powątpiewać, że z powodu słowika ;). Wysiadamy z auta i zauważamy tłum ludzi z aparatami i lornetkami - 60-70 osób lekką ręką - okupujących wąski chodnik pomiędzy posesjami i podwórko jednej z nich. Kolejne kilkadziesiąt osób rozstawionych jest z przeciwnej strony chodnika, na którym od wczoraj pojawia się najczęściej obiekt pożądania wszystkich tu zgromadzonych. Wciąż docierają nowe i nowe osoby - istne oblężenie. Przez pierwsze dni ptak wizytował podwórko jednego z domów, za którego udostępnienie pobierano opłatę 5 euro - pieniądze zebrane od kilkuset osób przekazane będą na cele charytatywne. Na spragnionych i wygłodniałych obserwatorów czeka catering. Przy okazji muszę wspomnieć, że na holenderskim portalu dutchbirding.nl na bieżąco aktualizowana jest sytuacja z ptakiem, a także wskazówki dla obserwatorów obejmujące m.in. najszybszy dojazd z lotniska Schiphol, wybór miejsc do parkowania, rezultaty najnowszych konsultacji z mieszkańcami oraz godziny otwarcia posesji. Wow! Etyka obserwatorów jest godna podziwu - szereg, przed który nie wyrywa się żaden z tłiczerów, wytwarza się samoistnie. Nikt nie wchodzi na trawnik ani żywopłoty. Nikomu nie przyjdzie do głowy wabienie ptaka. Wszyscy czekają grzecznie aż słowik pojawi się sam :). W ostatnich dniach jego ulubionym miejscem dziennego pobytu było drzewko laurowe przytulone do ściany obleganego domu i kiedy pojawia się pod nim kot, myślę że nie tylko mi serce podskakuje do gardła ;). Na szczęście reakcja ptasiarzy jest prawidłowa - intruz zostaje szybko przepłoszony. :)

Hoogwoud - miejsca parkingowego ze świecą szukać
Niezły tłumek się zebrał:)



Nerwowe, półgodzinne oczekiwanie przerywa w końcu głośny szept jednego z fotografów, który zauważa ptaka w gęstym gąszczu gałęzi na skraju, domkniętego z obu stron kordonem obserwatorów, chodniczka. W ciągu najbliższej minuty, w kakofonii strzelających spustów migawek, udaje mi się dostrzec jedynie sylwetkę przemykającego w krzakach dużego słowika, przywodzącą na myśl powiększoną wersję podróżniczka. Niestety nie potrafię przebić się wzrokiem przez dziesiątki głów i rąk, w związku z czym nie dostrzegam nawet czerwieni na podgardlu... Ptaszek ucieka w końcu na podwórko sąsiedniego gospodarstwa i pozostawia mnie z mieszaniną zadowolenia i goryczy. Szybko dochodzę do wniosku, że nie zaznam dobrej obserwacji, jeśli nie przedostanę się na krawędź szeregu obserwatorów. Kilka minut później nadarza się ku temu okazja, z której skwapliwie korzystam - kolumna przetasowuje się, kiedy znajdujący się dotychczas na najlepszych pozycjach strzelcy opuszczają plac boju. Wykorzystuję zamieszanie i po chwili jestem już przyczajony w drugiej linii z bardzo dobrym widokiem na chodnik i z szansą na niezłą perspektywę do zdjęć. Teraz dopiero zauważam, że pod żywopłotem ustawiony jest fotogeniczny konar, obok którego rozsypano dziesiątki larw mącznika. Ustawiam parametry aparatu i w bardzo niewygodnej pozycji z obiektywem wyzierającym spomiędzy głów leżących przede mną fotografów czekam na ptaka. Wreszcie po nieskończenie długich pięciu minutach główny aktor pojawia się na scenie - tak nagle, że reaguję z pewnym opóźnieniem, które kosztuje mnie nieznaczną utratę wywalczonej uprzednio pozycji i zmuszony jestem do robienia zdjęć z dalekiej od ideału perspektywy... Niemniej, ptak jest fantastyczny, a jego czerwony krawacik potwornie magnetyzujący!  Cała akcja trwa niecałą minutę - nieco speszony słowik porywa jedną z larw i znika na powrót w gąszczu. Chociaż jestem już w pełni usatysfakcjonowany, postanawiam poczekać na jeszcze jedną szansę na lepsze ujęcie. Po kolejnych dziesięciu minutach tym razem to ja pierwszy zauważam ptaka i podrywam tłum do walki - duży błąd, bo najbliżsi fotograficy reagują z taką werwą, że przez dobre kilkanaście sekund nie jestem w stanie zachować równowagi i złapać ostrości na ptaku. W końcu jednak uzyskuję chwilową stabilizację i dostaję szansę na czysty strzał. Co za emocje!

Gotowi do otwarcia ognia:)
Słowik rubinowy (Calliope calliope)
Słowik rubinowy (Calliope calliope)
Słowik rubinowy (Calliope calliope)

Z chęcią porzeźbiłbym jeszcze słowika, ale przed nami dalsze cele - w oddalonym o 30 km na północ Den Oever, na zalewie IJselmeer od początku zimy przebywają samce dwóch amerykańskich kaczkowatych - gągołka oraz ogorzałki małej. Wraz z Krzyśkiem obserwowaliśmy już oba gatunki podczas ubiegłorocznej wycieczki do Holandii, ale reszta ekipy nie miała dotąd takiej okazji, więc oczywiście zgadzamy się co do konieczności podjęcia wyzwania. Na miejscu jesteśmy po półgodzinnej jeździe - w ostatnich dniach ptaki meldowane były z małej mariny w południowej części basenu Zuiderhaven, ale obecność kilku samochodów i obserwatorów na poboczu drogi Stontelerweg domykającej wspomnianą część zalewu od zachodu, każe sądzić, że ptaki przebywają dziś właśnie tutaj. Parkujemy w rządku aut, kierujemy lunety w kierunku, w który spoglądają zgromadzeni na grobli obserwatorzy i już wkrótce cieszymy oczy widokiem samca gągołka! Nie widzimy jednak ogorzałki - jak dowiadujemy się wkrótce, ptak widziany był dzisiaj w zupełnie innej części zatoki, 40 kilometrów na południe, w Andijk. Co za pech! Jakby na pocieszenie przelatuje przed nami niespodziewany bąk - tak komfortowo widziałem go po raz ostatni siedem lat temu! Nic dziwnego, że widok tej skrytej czapli cieszy mnie bardziej od gągołka :). Żeby uspokoić sumienia odwiedzamy jeszcze marinę w Den Oever, ale zgodnie z otrzymanymi informacjami świeci ona pustkami. No, może niezupełnie, bo do listy wyprawy dopisujemy tu perkoza dwuczubego, pliszkę siwą i świergotka łąkowego. Zawsze to coś!

Wiatrak w drodze do Den Oever
 Na stanowisku - wypatrujemy gągołka
Zuiderhaven koło Den Oever
Czernice (Aythya fuligula), głowienki (Aythya ferina) i krzyżówki (Anas platyrhynchos)
Gągołek (Bucephala albeola) - digiscoping
Gągołek (Bucephala albeola) - digiscoping
Bąk (Botaurus stellaris)
Bąk (Botaurus stellaris)
Nasza ekipa w Den Oever - od lewej: Tomek, Paweł, Michał, ja i Krzysiek
Marina w Den Oever
Rozmowy o słyszanych ptakach

Przejeżdżamy przez malownicze wioseczki nad brzegiem zalewu, m.in. Medemblik i Wervershoof, gdzie niecały rok temu odniosłem porażkę w poszukiwaniach amerykańskiego brodźca plamistego i kwadrans po trzeciej zajeżdżamy do sąsiedniego Andijk. Dojście na falochron, z którego widać ptaki wymaga obejścia całkiem sporej mariny. Nigdy nie sądziłem, że zmartwi mnie widok... dziesięciu tysięcy (!!!) ogorzałek, ale tak właśnie było w tej chwili - znalezienie ptaka w takiej kaczej zupie, do tego oddalonej od brzegu o dobry kilometr pod słońce, praktycznie przekreślało szanse na znalezienie "affinisa"... Pro forma, przeglądamy znajdujące się bliżej brzegu małe grupki ptaków, za co wynagrodzeni zostajemy obserwacją pary szlacharów. W Andijk odnosimy jednak pierwszą porażkę - tym bardziej doceniam ubiegłoroczną obserwację, zwłaszcza że dokonana została przecież w przebojowym stylu :).

Zabudowa holenderskich miasteczek zachwyca
Kościół w Andijk
Marina w Andijk

Esencja Holandii:)

Słońce chyli się już ku zachodowi - dzień kończymy obserwacją stada czajek i siewek złotych pod Zwaagdijk-Oost. Teraz pozostaje nam kwestia noclegu. Niedzielę zamierzamy rozpocząć od obserwacji lodowca, przebywającego od kilku tygodni na jednym z haskich kanałów. Optymalnie byłoby więc zabunkrować się w mieście, które jest siedzibą holenderskiego rządu, parlamentu i rodziny królewskiej. Około 19-tej, po przerwie na zakupy i wywiadzie z pracownikiem stacji Shell, bogatsi o prowiant i wiedzę na temat niedrogich miejsc noclegowych w mieście wjeżdżamy do nowoczesnej dzielnicy biznesowej, a następnie w rejon Starego Miasta. W pierwszym z hosteli nie ma już dla nas miejsc, ale dowiadujemy się o bliźniaczym przybytku, o bardzo oryginalnej nazwie -"The Hague", położonym niedaleko chińskiej dzielnicy. Hostel (lepszym określeniem byłoby "schronisko") okazuje się być skrzyżowaniem obskurnego akademika z koszarami, ale za 28 euro w centrum nie można się było spodziewać niczego innego. Zostajemy rozdzieleni do dwóch pokojów. Kiedy otwieramy z Krzyśkiem drzwi naszego "apartamentu" doznajemy lekkiego szoku, bowiem okazuje się, że w pomieszczeniu o klaustrofobicznych wymiarach znajdują się cztery piętrowe łóżka, a pozostawione na sześciu z nich części garderoby i walające się po podłodze o szerokości pół metra bagaże wskazują na to, że jeszcze będzie tu dziś tłoczno. No nieźle... Najpierw jednak musimy wtargać nasze toboły na drugie piętro - wąskie i zakręcone schody posiadają tak strome stopnie, że ze świecą szukać by podobnych w romańskich wieżach obronnych. Wchodzenie tu z samym plecaczkiem grozi śmiercią lub kalectwem, a w najlepszym wypadku zawrotami głowy - zważywszy na fakt, że spora część gości - bądź to po dogłębnym analizowaniu zawartości butelek Jonge Genevera, bądź po zbyt częstym dogadzaniu sobie trawką - regularnie odwiedza światy równoległe, konstruktora tychże schodów zaliczyć należy do ludzi o specyficznym i makabrycznym poczuciu humoru. Z drugiej strony, w kuchni (oczywiście wspólnej) i pod prysznicem (na szczęście nie korzysta z niego jednocześnie kilkanaście osób) jest ciepła woda, czego po pierwszym kontakcie z wnętrzem hostelu nie oczekiwałem - tym samym "The Hague" udaje się zaskoczyć mnie pozytywnie. Niewątpliwym plusem jest też bliskość zabytkowego centrum, dzięki czemu w ramach spaceru przed snem zobaczyć mogę m.in. Grote Markt - zatłoczone miejsce wieczornych spotkań mieszkańców Hagi oraz Rynek (Dagelijkse Groenmarkt), z charakterystyczną świątynią Grote Kerk i Starym Ratuszem (Het Oude Stadhuis). W sumie w odbudowanym nastroju, chwilę po północy gramolę się na swoją piętrową pryczę i przechodzę w fazę NREM.

"Chinatown"
Okolica Hostel The Hague
Schody dla ludzi o mocnych nerwach, dobrej kondycji i bez lęku wysokości
 Den Haag, Grote Markt
Den Haag, Grote Kerk

Budzik wygrywa pobudkę o przyzwoitej 7:15. Z racji tego, że dobre światło do zdjęć powinniśmy mieć dopiero około 9-tej, nie było sensu zrywać się wcześniej. Udaje mi się nie połamać wszystkich kończyn podczas zeskakiwania spod sufitu w ciemną czeluść - zapewne ten sam dowcipniś, który projektował schody na korytarzu, z premedytacją nie wyposażył w drabinki piętrowych łóżek - po czym zabieramy się z Krzyśkiem do wynoszenia bagaży na korytarz. W drzwiach zamontowany jest przezabawny alarm, który uruchamia się ilekroć otwarte są one dłużej niż kilka sekund, przez co raczej nie zdobywamy popularności wśród współlokatorów, ale ostatecznie nikt nie wbija nam na pożegnanie noża w plecy. Po naprędce spożytym śniadaniu, o 8:30 ruszamy w kierunku auta. Chwilę po opuszczeniu motelu przelatuje nad nami... osiem aleksandrett obrożnych! Te wszystkożerne papugi tworzą obecnie w Holandii populację przekraczającą 5500 osobników. Aleksandretta obrożna trafiła zresztą na listę stu najbardziej uciążliwych gatunków inwazyjnych: w konkurencji z gatunkami europejskimi wygrywają one jako większe i silniejsze, a rozpoczynając lęgi w lutym zajmują dziuple ptakom, które rozmnażają się później. Każdy z nas obserwował już ten gatunek, ale ponieważ poranek jest wyjątkowo pochmurny i ze zdjęć lodowca i tak byłyby nici, postanawiamy udać się w miejsce, gdzie odleciały aleksandretty - może znajdziemy ich noclegowisko? To co ukazuje się wkrótce naszym oczom, przekracza najśmielsze oczekiwania - na skraju chińskiej dzielnicy, przy ulicy Bierkade, na kilku drzewach przesiaduje ponad... 500 papug! Piękne zgrupowanie, choć pewnie mieszkańcy okolicznych kamienic niekoniecznie podzielaliby nasze opinie - jazgot jest niesamowity, co słychać na poniższym filmiku.

Aleksandretty obrożne (Psittacula krameri)
 Papugi dwoją się i troją w oczach... nie tylko z powodu długiego czasu naświetlania:)
Aleksandretta obrożna (Psittacula krameri) - jedyne ze zdjęć, które nie reprezentuje impresjonizm:)
W Hadze drzewa już zielone, lecz nie dzięki liściom ;).

Ciężkie chmury nie zwiastują drastycznej poprawy warunków oświetleniowych, więc już nie zwlekając udajemy się nad Laakkanaal, skąd przez ostatnie kilkanaście dni meldowano lodowca. Na zabudowanym odcinku kanału, na którym nur przebywał przez ostatnie trzy dni, znajdujemy jednak tylko gęsiówki egipskie (jedna z kombinacją kolorowych obrączek "J" i "4" z projektu Franka Majoora), perkoza dwuczubego, czernice i liczne kokoszki, które ganiają po... nabrzeżu oraz pokładach motorówek i żaglówek! Nad nami przelatuje stadko 12 bernikli kanadyjskich, a z pobliskich zadrzewień śpiewa pokrzywnica... i niestety są to najmocniejsze akcenty naszej wizyty nad Laakkanaal. Kontrolujemy jeszcze przyległe odcinki i wracamy do auta. Postanawiamy sprawdzić na waarneming.nl czy miejsce pobytu nura nie zmieniło się od wczoraj, ale po uruchomieniu portalu nikt z nas nie myśli już o lodowcu - na stronie głównej zauważamy informację o widzianej kilkadziesiąt minut temu pasówce białogardłej! Ptak widziany był w prowincji Zeeland, w Wilhelminadorp - zaraz, zaraz - to przecież tam mieliśmy jechać z Hagi na azjatyckiego trznadla białogłowego! Nie zwlekając ruszamy w drogę!

 Den Haag, Laakkanaal
Gęsiówka egipska (Alopochen aegyptiaca)
Gęsiówki egipskie (Alopochen aegyptiaca)
Pokrzywnica (Prunella modularis)
Den Haag, Laakkanaal

Dzięki rozbudowanej sieci autostrad sprawnie opuszczamy Hagę, mijamy Rotterdam i po czterdziestu minutach przejeżdżamy przez most na wyspę Goeree-Overflakkee, przerzucony nad wąskim "fiordowatym" klinem, wbijającej się w ląd zatoki Morza Północnego - dość charakterystyczny obrazek w południowo-zachodniej Holandii. Ponieważ trafiamy na odpływ, co jakiś czas naszym oczom ukazują się rozległe połacie błota, na którym żerują spore ilości ptaków. W pobliżu Grevelingenmeer już nie potrafimy odmówić sobie krótkiego postoju - w obrębie strefy pływowej żeruje ponad 500 ostrygojadów i 50 oharów! Kolejny przystanek na wyspie Schouwen, niedaleko spektakularnego mostu łączącego ją z dawną wyspą (a obecnie półwyspem) Noord-Beveland, powoduje przyśpieszone bicie serca - na położonych wzdłuż szosy polach odpoczywa stado 640 bernikli białolicych, wśród których wypatrujemy też 9 bernikli obrożnych! Nie zważając na deszcz, który towarzyszy nam od wyjazdu z Hagi, ostrożnie opuszczam auto żeby lepiej przyjrzeć się ptakom i nad głową przelatuje mi... kolejnych 150 bernikli obrożnych! Rewelacyjny widok! W międzyczasie Michał kontroluje "waarneminga" i okazuje się, że obserwacja pasówki została... wykasowana z systemu! Najwyraźniej oznaczenie było błędne... Emocje trochę opadają, w związku z czym już bez presji obserwujemy kolejnych 30 "berek" obrożnych bliżej Colijnsplaat oraz zimujące czaple nadobne pod Wilhelminadorp. Krótko przed południem dojeżdżamy nad Schor Wilhelminapolder - miejsce stwierdzenia samicy syberyjskiego trznadla białogłowego.

Ostrygojady (Haematopus ostralegus) i ohary (Tadorna tadorna)
 Bernikle białolice (Branta leucopsis) i bernikle obrożne (Branta bernicla)
Bernikle białolice (Branta leucopsis)
Bernikle białolice (Branta leucopsis)
Bernikle białolice (Branta leucopsis)
Bernikle obrożne (Branta bernicla)
Czapla nadobna (Egretta garzetta)

Poszukiwany przez nas ptak wykazywany był z małego obszaru otoczonych niskim ogrodzeniem, zarzuconych kitliną i porośniętych małymi kępkami ostrych traw słonych mokradeł - krajobraz z pewnością nieułatwiający poszukiwań małego szarobrązowawego ptaka. Od dwójki holenderskich obserwatorów, którzy właśnie powracają do aut dowiadujemy się, że trznadel jest stale obecny na miejscu i zwykle przesiaduje w pasie do metra od ogrodzenia - to już jakaś poszlaka. Rozdzielamy się i obstawiamy cały wskazany nam odcinek. Przez pierwsze 20 minut udaje nam się wydeptać jedynie świergotka nadmorskiego i potrzosa. W końcu jednak, przy trzecim przejściu wzdłuż mokradeł, pół metra ode mnie z ziemi podrywa się trznadlowaty, który siada na drewnianym paliku ogrodzenia, oddalonym o parę kroków - podnoszę do oczu lornetkę - zupełny brak żółci na spodzie, rdzawo kreskowane boki, brudnobiała brew i szarobrązowy płaszcz z jasnymi obrzeżeniami pierwszorzędówek wskazują jednoznacznie, że to trznadel białogłowy! Udaje mi się wykonać kilka zdjęć, po czym ptak odlatuje na drugą stronę wału, oddzielającego polder od pól uprawnych i zapada w pobliżu małej kępy krzewów. Dość szybko udaje nam się go ponownie zlokalizować i przez kolejne kilkanaście minut nacieszyć nim oczy. Następny cel zrealizowany!


Nadmorskie mokradła w Wilhelminadorp
Ohary (Tadorna tadorna)
Trznadel białogłowy (Emberiza leucocephalos)
Trznadel białogłowy (Emberiza leucocephalos)

W końcu na miejsce obserwacji nadciągają kolejni ptasiarze - niefortunnie chwilę przed tym ptak zmienia miejsce pobytu i nie jesteśmy w stanie pomóc tłiczerom. Moja ekipa powraca do auta na drugie śniadanie, a ja postanawiam z grobli rzucić okiem na rozległy polder, na którym żerują setki ptaków - m.in. ohary (100>), ostrygojady (kilkaset), biegusy zmienne (500>), siewnice (300>), kuliki wielkie (30>), krwawodzioby (50>) i biegusy rdzawe (kilka). Nagle moich uszu dobiega ćwierkanie trznadla! Rozglądam się lornetką po miejscu, gdzie początkowo zlokalizowaliśmy ptaka i w końcu zauważam go, odpoczywającego na drucianej siatce ogrodzenia! Po chwili zlatuje w dół na krawędź ściezki i rozpoczyna żerowanie w niskich trawach. Krzykiem i machaniem rąk zwracam na siebie uwagę Holendrów szukających ptaka w pobliżu zakrzaczeń na polach uprawnych - w końcu zauważyli, biegną :). Razem schodzimy z wału do miejsca żerowania trznadla - chociaż widziałem, gdzie zapadał, przez dłuższą chwilę nie potrafię go zlokalizować ale w końcu udaje się - ptak żeruje niecałe 3 metry od nas! Wskazuje palcem miejsce jego pobytu, a mimo to pozostali obserwatorzy nie są w stanie go dostrzec przez dobre kilkadziesiąt sekund - umie się maskować, nie ma co :). Korzystając z euforii podpytuję jednego z Holendrów o miejsca na łabędzia czarnego i dowiaduje się, że często widywane są na rozległych rozlewiskach w rejonie Moriaanshoofd - niecałe pół godziny drogi z Wilhelminadorp - spróbujemy!

Trznadel białogłowy ponownie zlokalizowany - ptak jest... w trawach przed ogrodzeniem! ;)
Trznadel białogłowy (Emberiza leucocephalos)

Powracamy do drogi głównej i kierujemy się na północ. Po paru kilometrach w Deltaweg obserwujemy 12 szablodziobów! Dłuższego postoju wymaga zatrzęsienie ptaków na mokradłach przy Nieuwe Koolweg, na zachód od Zierikzee - oglądamy tu piękne ilości kaczek (najwięcej świstunów i rożeńców), liczne ohary, berniklę kanadyjską, a także kolejną czaplę nadobną i 2 warzęchy. Niecały kilometr dalej na polach odpoczywa dalsze niesamowite stado 300 bernikli białolicych. Chwilę później dojeżdżamy do Moriaanshoofd, gdzie na trawnikach posesji żerują dziesiątki ostrygojadów i kuliki wielkie - zapowiada się dobrze :). Skręcamy na zachód i rozpoczynamy penetrację ogromnego obszaru trzęsawisk pomiędzy Morzem Północnym i drogą N59. Uwagę zwracają kolejne pokaźne ilości bernikli białolicych, mnogość ostrygojadów, kulików wielkich i krwawodziobów, a także dalsze szablodzioby (7), warzęchy (2) i czaple nadobne (2). Łabędzi czarnych jednak nie zauważamy...

Szablodzioby (Recurvirostra avosetta)

Jedna z bram miejskich w Zierikzee
Mokradła pod Zierikzee
Warzęcha (Platalea leucorodia)
Rożeńce (Anas acuta) i cyraneczki (Anas crecca)
Obserwatorzy ptaków są wszędzie...
Mokradła pod Moriaanshoofd

Mokradła pod Moriaanshoofd

Przed nami jeszcze trzy i pół godziny względnie korzystnych warunków do obserwacji, które możemy spędzić w Zeeland. W poszukiwaniu ciekawych obserwacji w regionie, ponownie sięgamy po waarneming.nl i po chwili mamy gotowy plan działania - 40 kilometrów od nas, w Westkapelle, przebywa lodowiec. Miejsce to jest ponadto najdalej wysuniętym w morze cyplem półwyspu Walcheren, a więc będziemy mieć okazję na mały seawatching. Następnie udamy się nad słone jezioro Veerse Meer (dalsze pół godziny jazdy) gdzie przedwczoraj widziano 7 łabędzi czarnych. Świstunka ałtajska spod belgijskiej granicy nie była meldowana od trzech dni i temat kolejnego azjatyckiego gatunku odpuszczamy.
Kiedy dojeżdżamy do Westkapelle - małej rybackiej osady - cała okolica spowita jest gęstą mgłą. Ledwie co zauważalna jest interesująca latarnia morska, wybudowana na gotyckiej dzwonnicy - jak w takich warunkach mamy zobaczyć nura, który przebywa ma na niemałym nadmorskim jeziorze Westkapelse Kreek? W końcu jezioro wyłania się po naszej lewej stronie i okazuje się, że obawy były zbędne - pływającego dość blisko lodowca zauważamy już z samochodu! Parkujemy na pobliskim parkingu - w międzyczasie wzmaga się wiatr i mgła zdecydowanie się przerzedza. Docieramy nad zbiornik i okazuje się, że nur rozpoczął właśnie intensywne żerowanie i płynie w naszą stronę! Znajduję lukę w trzcinowisku i nie zważając na mokre podłoże kładę się na brzegu jeziora. Lodowiec co kilkanaście sekund nurkuje i pojawia się z krabem lub rakiem w masywnym sztyletowatym dziobie. Tempo ma słuszne - w ciągu kwadransa pożera ich kilkadziesiąt! Po udanym połowie wynurza się nagle na środku jeziora - lepszych kadrów już nie będzie - zresztą przemokłem do suchej nitki.

Raniuszek "czarnobrewy" (Aegithalos caudatus europaeus)
Jezioro Westkapelse Kreek
 Lodowiec (Gavia immer)
 Lodowiec (Gavia immer)
 Lodowiec (Gavia immer)
Lodowiec (Gavia immer)

Na szczęście zabrałem ze sobą zapasowe ubranie i odzyskawszy komfort termiczny dołączam do reszty ekipy, która rozpoczęła już seawatching w rejonie małej latarenki na wzgórzu przy parkingu. Warunki sztormowe, więc coś powinno lecieć... tyle, że utrzymanie lunety w stabilnej pozycji jest praktycznie niemożliwe. Udaje się więc zobaczyć tylko dwie mewy trójpalczaste  - dorosłą i młodą - oraz przelatujące wzdłuż brzegu piaskowce i szlamniki. Na kamienistym wybrzeżu żeruje stadko 6 niepłochliwych kamuszników, które aż się proszą o małą sesję zdjęciową ;). W końcu udaje mi się też wykonać dokumentację wszędobylskiego czarnowrona. W sumie, pożytecznie spędzona godzina.

Seawatching czas zacząć!
Warunki sprzyjają przelotowi ptaków...
... ale silny wiatr nie sprzyja utrzymaniu lunety w stabilnej pozycji!
Czarnowron (Corvus corone)
Kamusznik (Arenaria interpres)

Uliczki Westkapelle
Rynek w Westkapelle
Westkapelle
Westkapelle - charakterystyczna latarnia morska wybudowana na dawnej dzwonnicy

Czas na ostatni akcent "ptaszenia" w Holandii - łabędzie czarne! Już bez przystanków zmierzamy w stronę Kleverskerke, skąd prowadzi wygodna droga nad brzeg jeziora Veerse Meer. Szczęście nam sprzyja i trafiamy na ładne stadko 11 ptaków! Z powodu późnej pory i dużego dystansu udaje się wykonać tylko marną dokumentację (jeszcze chwila i wszystkie łabędzie na jeziorze byłyby czarne ;)), ale najważniejsze, że nasze poszukiwania nie poszły na marne! Do listy wyprawy dopisujemy jeszcze zauszniki (6), droździka, krogulca i mewę siodłatą i około 17-tej ruszamy w długą, ponad dwunastogodzinną drogę do domu...

Łabędź czarny (Cygnus atratus) - digiscoping
Pąkle
Szlachar (Mergus serrator) - na chwilę przed zapadnięciem ciemności

EPILOG

... ale to jeszcze nie koniec ciekawych obserwacji! Już po rozstaniu z Pawłem w rejonie Ślęży, autem Michała kierujemy się w stronę autostrady. Na krętych nieoświetlonych drogach, "szklanka" - jesteśmy zmuszeni do bardzo wolnej jazdy i tylko dzięki temu zauważamy odpoczywającą na przydrożnym słupku uszatkę! Przyjemny bonus! Chwilę później żegnamy się z Krzyśkiem i już w trójkę zmierzamy w stronę Opola. W pewnym momencie Michał zauważa polującą wzdłuż drogi kolejną sowę! Zwalniamy i podążamy za nią do chwili, aż przysiada na niskiej gałęzi rosnącego na poboczu drzewa. Podjeżdżamy na dwa metry, dopóki siedzący do nas tyłem ptak nie dostaje się w strugę światła samochodowych reflektorów. Trochę jasny jak na uszatkę... Wtem sowa odwraca głowę i ukazuję piękną sercowatą szlarę - płomykówka! Po kilku sekundach zrywa się z drzewa i jeszcze kilka razy przemyka niczym duch przed naszym autem, nim zniknie w ciemnościach. Wspaniałe zwieńczenie udanego weekendu! :)

Lista wyprawy (wielkimi literami moje "życiówki") - 98 gatunków (wg kolejności systematycznej): ŁABĘDŹ CZARNY, łabędź niemy, łabędź krzykliwy, łabędź czarnodzioby, gęś białoczelna, gęś zbożowa, gęgawa, bernikla kanadyjska, bernikla białolica, bernikla obrożna, ohar, gęsiówka egipska, krzyżówka, krakwa, rożeniec, płaskonos, świstun, cyraneczka, głowienka, ogorzałka, czernica, gągoł, gągołek, bielaczek, nurogęś, szlachar, bażant, lodowiec, zausznik, perkozek, perkoz dwuczuby, kormoran, bąk, czapla nadobna, czapla biała, czapla siwa, warzęcha, myszołów, krogulec, pustułka, wodnik, kokoszka, łyska, ostrygojad, szablodziób, siewnica, siewka złota, czajka, biegus rdzawy, piaskowiec, kamusznik, biegus zmienny, krwawodziób, brodziec śniady, szlamnik, kulik wielki, śmieszka, mewa siwa, mewa srebrzysta, mewa siodłata, mewa żółtonoga, mewa trójpalczasta, gołąb miejski, siniak, grzywacz, sierpówka, aleksandretta obrożna, uszatka, płomykówka, dzięcioł zielony, dzięcioł duży, świergotek nadmorski, świergotek łąkowy, pliszka siwa, pliszka górska, pokrzywnica, rudzik, SŁOWIK RUBINOWY, śpiewak, droździk, kwiczoł, kos, ŚWISTUNKA BRUNATNA, strzyżyk, bogatka, raniuszek podg. europaeus, kowalik, sroka, sójka, kawka, gawron, czarnowron, kruk, szpak, wróbel, zięba, potrzos, TRZNADEL BIAŁOGŁOWY.