BIRDAHOLIC TOURS

BIRDAHOLIC TOURS

sobota, 12 września 2015

Gruziński dziennik - Dzień 4: 26 V 2015 - Sukces połowiczny

c.d.


Pobudka o piątej rano - za oknami bezchmurne niebo, Kazbegi widoczny w każdym calu. Niesamowite jak szybko zmienia się tu pogoda. Poprzedniego dnia dogadujemy się z Lią i Ramazem, że śniadanie zjemy o 10-tej, ponieważ w góry musimy wybyć o pierwszym brzasku. Przyczyna oczywista - ułary. Przed nami ostatni dzień w Wysokim Kaukazie, więc albo uda się teraz, za trzecim już podejściem, albo powrócimy do domów bardzo zniesmaczeni ze spotkań z tymi kurakami - z kilkoma stwierdzeniami słuchowymi i znalezioną sterówką. O urażonej dumie ptasiarza nie wspomnę, bo nikt z nas nie lubi być nieskończenie długo wodzony za nos, a zabawa w kotka (a raczej kurę) i myszkę trwa już zdecydowanie zbyt długo. 
Walczyć będziemy na stokach na wschód od Stepancminda, ale... nie zaczynamy w sprawdzonym miejscu z poniedziałku, lecz decydujemy się na przegląd zboczy z punktu położonego kilometr na południe od miejsca obserwacji koziorożca. Powód? Ostatniego dnia wydawało się nam, że pogwizdywania najczęściej dobiegały nas z południa - może właśnie z tego rejonu? Zatrzymujemy auto nieopodal zabudowań i podchodzimy pod góry trawiastą i kamienistą stromizmą, z której co rusz to podrywają się białorzytki i kulczyki królewskie. Rozstawiamy lunety i nie mija wiele czasu, kiedy Krzysiek zauważa kuraka, który jednak nie jest ułarem, a kogutem cietrzewia kaukaskiego. Nie piszę "niestety" - po dotychczasowej obserwacji chyba każdy z nas czuł niedosyt wynikający z krótkiej obserwacji samczyka. Co więcej, to nie jedyny cietrzew na stoku - po chwili okazuje się, że odkryliśmy ich tokowisko, którego aktorami są cztery koguty i jedna cieciorka! W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut ptaki oferują nam piękne widowisko - są pościgi, walki, wątek miłosny - słowem, nie brakuje niczego :). W tle - jakżeby inaczej - śpiewają ułary... Tyle. że znów powtarza się ta sama historia - ptaki słychać, ale ich nie widać... Przez ponad godzinę przeglądamy góry, aż w końcu sfrustrowani zgadzamy się co do tego, że czas na zmiany - jedziemy na wczorajszą miejscówkę.

Kazbegi nadrabia wszystkie te chwile, kiedy skryty był za chmurami
Widok na Stepancminda i Gergeti
Widok na Stepancminda i Gergeti - w tle biała "czapa" Kazbegi
Widok na dolinę rzeki Terek
Cietrzew kaukaski (Lyrurus mlokosiewiczi) - digiscoping
Cietrzew kaukaski (Lyrurus mlokosiewiczi) - digiscoping
Gość w dom... byk w dom? ;)
Droga dojazdowa pod "ułarowe zbocza"

Jeszcze dobrze nie rozkładamy sprzętu, a gwizdanie ułarów już dobiega naszych uszu. Wiemy, wiemy - ptaki tu są, tylko co z tego? Nie możemy jednak się poddawać - praktycznie nie odrywam oczu od lunety. Motywacją dla nas może być wypatrzony młody orłosęp odpoczywający na kamiennym występie. Ciosem dla mnie jest jednak usterka mojego aparatu "krajobrazowego" - w momencie kiedy próbuję wykonać dokumentację orłosępa za pomocą digiscopingu zauważam ogromną, czarną plamę na samym środku matrycy, która praktycznie uniemożliwia wykonywanie jakichkolwiek zdjęć... Przez chwilę odechciewa mi się wszystkiego, bo jak żyć bez możliwości dokumentowania "nieptasiej" Gruzji? W końcu zdaję sobie jednak sprawę, że nie ma czasu na takie gorzkie żale - za kilkadziesiąt minut słońce wyjdzie zza gór, a wtedy o wypatrzeniu czegokolwiek pod słońce możemy raczej zapomnieć. Intensyfikujemy wysiłki, wytężamy spojrzenia, aż w końcu... w kadr wpada mi przelatujący jasny kurak! Podążam za nim lunetą przez kilka sekund i widzę jak ląduję na skale, przebiega, prostuje się - tak to UŁAR!!! Zanim komukolwiek udaje się jednak rzucić okiem na ptaka, ten zlatuje za linię strzelistych turni i znika z pola widzenia! Krótka, bo krótka obserwacja, ale wlewa w nas nowe siły - tak jakbyśmy uwierzyli, że ułary istnieją naprawdę i wypatrzenie ich leży w naszych siłach. "Pozytywne wibracje" chyba robią swoje, bo po kilku minutach Krzysiek zauważa kolejnego ułara! Ustawiamy lunety na opisywany przez niego fragment gór i po chwili wszyscy widzimy tego problematycznego kuraka. Ale zaraz - w jednym miejscu przechadzają się trzy ptaki! Uświadamiamy sobie, że wypatrzenie ułara śpiewającego z rumowiska skalnego graniczy z cudem - nawet kiedy wpatrujemy się w to konkretne miejsce, w momencie gdy ptaki zmieniają nieznacznie swoje położenie chwilami tracimy je z oczu. Oczywiście najlepiej są widoczne, kiedy przechodzą po śniegu, ale do takich sytuacji dochodzi też zdecydowanie sporadycznie. Po kilkunastu minutach zauważamy kolejnego, piątego już ułara - tym razem w podręcznikowej pozie, odstającego od krawędzi upłazu, niczym na obrazku w "Collinsie". Można by oglądać te tajemnicze ptaki godzinami, ale kiszki już nam marsza grają. Do auta mamy wprawdzie 100 metrów, ale ich przejście trwa i trwa w obliczu przeróżnych atrakcji - tu jaszczurki kaukaskie, tam koziorożce wschodniokaukaskie (piękne stadko 11 osobników), a nad głowami myszołowy wschodnie. I jeszcze wszystko to chcieliby zobaczyć zagraniczni turyści, których spotykamy przy samochodzie. Oczywiście pokazujemy i objaśniamy - bakcyla trzeba zasiać i kiedy wrócimy do Gruzji za parę lat, ktoś z tej grupy wskaże nam pleszkę kaukaską :).

Powrót na (nie tak) stare śmieci
Młody orłosęp (Gypaetus barbatus) - digiscoping
 Ułar kaukaski (Tetraogallus caucasicus) - digiscoping
Ułar kaukaski (Tetraogallus caucasicus) - digiscoping

Tam u góry siedzą ułary (fot. KK)
Sukces! (fot. KO)
Zdążyliśmy rzutem na taśmę - zza gór wychodzi słońce i można zapomnieć o obserwacjach
Fot. AC
Fot. AC
Koziorożce wschodniokaukaskie (Capra cylindricornis) - digiscoping
Koziorożce wschodniokaukaskie (Capra cylindricornis) - digiscoping
Jaszczurka Darevskia praticola
Jaszczurka kaukaska (Darevskia caucasica)
Powrót do auta
Myszołów "wschodni" (Buteo buteo vulpinus)

Po śniadaniu, którego najjaśniejszą gwiazdą była rewelacyjna sałatka makaronowa z kalafiorem i papryką, nadszedł czas na podjęcie ostatniego górskiego tematu. Przez chwilę zastanawiamy się czy jednak po raz kolejny nie uderzyć pod Kazbegi, ale widok na piętrzące się nad szczytem cumulonimbusy ostudza ten zapał - jedziemy do Juta. Dolinę Snostskali przecinamy praktycznie bez przystanków, zatrzymując się tylko dla odpoczywającego przy drodze głuszka. W Juta parkujemy samochód pod jedynym nowoczesnym budynkiem jakiegoś powstającego hotelu - najwyraźniej ktoś zwietrzył potencjał wioski jako bazy do wypadów w wysokie góry. Teraz jeszcze szybka decyzja w kierunku którego ze szczytów wyruszymy - wybór pada na łagodne podejście doliną Jutistskali pod Roshka - według mapy jakieś 11-12 kilometrów.

Hit śniadania - sałatka makaronowa:)
Mitsubishi Delica to najbardziej popularne "nieradzieckie" auto w Stepancminda
Pomnik gruzińskiego pisarza Aleksandra Kazbegi
Niebezpieczny zakręt - tylko w którą stronę?
Wejście do doliny Snotskali

Głuszek (Emberiza cia)

Niestety pogoda nas nie rozpieszcza - deszcz, albo coś gorszego wisi w powietrzu i jest tylko kwestią czasu. Tymczasem staramy się tym nie przejmować i kontemplujemy niesamowity widok na zielone zbocza łagodnie opadające w kierunku wartkiej rzeki i bielące się w tle szczyty masywu Roshka. Pozornie monotonna droga oferuje wiele atrakcji. Mamy więc źródło wody z kufelkiem, widok na poletko uprawiane w tradycyjny sposób, żabi skrzek znaleziony w jednej z kałuż i klimatycznego pasterza-kowboja na koniu. Ptasio dzieje się niewiele - kilka pluszczy, para pliszek górskich, trzy brodźce piskliwe i wszędobylskie siwerniaki coutelli. Najciekawszy jest dość szeroki odcinek ścieżki do przejścia po śliskich kamieniach wystających ze strumienia. Póki co dbamy jeszcze o zachowanie jako takiego komfortu, ale za chwilę będzie nam już wszystko jedno. Deszczyk, który to pojawiał się, to znikał, zamienia się powoli w potężną ulewę. Kiedy dochodzimy do garnizonu pograniczników (za górami na zachód od szlaku jest już rosyjska Inguszetia) z góry wylewa się już na nas niekończący się wodospad deszczówki. Po chwili naszym oczom ukazują się wzburzone wody Jutistskali, która płynie teraz kilkoma równoległymi odnogami - co gorsza, tę przeszkodę musimy sforsować, jeśli chcemy iść dalej. Szczyty przed nami znikają tymczasem we mgle i gęstych chmurach - nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie miało się coś zmienić na lepsze. Jak w tych warunkach mamy przeglądać zaśnieżone zbocza za pleszką? Za bardzo nie wiemy. Jakby mało było przeszkód, dalsza część szlaku jest zawalona grubą warstwą zlodzonego śniegu. Wraz z Adamem wyruszam na mozolny rekonesans w celu znalezienia przeprawy przez rzekę. Choć wydawało się to już niemożliwe, deszcz jeszcze przybiera na sile. Spodnie przemokły mi już do suchej nitki, a o korzystaniu ze sprzętu optycznego czy fotograficznego można zapomnieć. Oddalamy się od reszty grupy o dobrych kilkaset metrów, a grupa - jakby na to czekała - salwuje się ucieczką. To chyba sygnał żeby wracać - zresztą chyba słuszny ;).

Pluszcz (Cinclus cinclus)
Krajobraz z początku szlaku (fot. KK)

Barszcz Sosnowskiego - ta nieprzyjemna roślina pochodzi właśnie stąd
Juta zostawiamy za sobą
Wciąż zobaczyć tu można tradycyjny sposób uprawy ziemi
Pastwisko (fot. KK)



Jest źródełko...
... jest i kufel :)

Pierwsze odważne próby poszukiwania pleszek kaukaskich:)

Sznury - jedna z form żabiego skrzeku
Kłęby - jedna z form żabiego skrzeku


Gruziński kowboj (fot. KK)

Doskonale widoczne są miejsca, dokąd jeszcze niedawno sięgały śnieżne jęzory
Teraz duży krok do przodu ;)






... i koniec wędrówki - zawracamy

Jesteśmy w 1/3 drogi do parkingu, kiedy deszcz ustaje, a nad Juta pojawia się po raz pierwszy od wyruszenia na szlak błękit nieba. Co robić? Decydujemy, że wracamy do wioski i spróbujemy podejścia pod Chalikhi. W Juta jesteśmy jednak przed 17-tą, chmury nad górami zbierają się ponownie i przyznam się, że definitywnie tracę wiarę w pleszkę kaukaską. Może istnieje cień szansy na obserwację z bardzo dalekiego dystansu przez lunetę, ale na taką nie mam ochoty. Paweł z Adamem nie odpuszczają do końca i pną się pod górę - nasza trójka zostaje we wsi. Szkoda tylko, że zapomnieliśmy przejąć kluczyki do auta... Ale w końcu nasi kompani poszli się tylko rozejrzeć, więc pewnie za chwilę znów będziemy w komplecie.





"Uliczki" Juta - tradycja i nowoczesność
Juta

Poza jazdą na ośle i pędzeniem bydła w Juta nie ma niestety żadnych rozrywek - próbujemy wstąpić na kawę do restauracji w nowym budynku, ale trwa tam remanent, więc tylko odbijamy się od drzwi. Żeby było zabawniej - otwarcie jutro. Kolejną godzinę spędzamy jak prawdziwi Gruzini - siedzimy na skałach przy wjeździe do osady, obserwując pracujących rolników, owce i krowy przeganiane z gór w dolinę oraz tragarzy znoszących materiały budowlane do położonego powyżej wioski campingu. Pełen relaks, który jednak kończy się wraz z sms-em od Adama, którego otrzymuję o 18:06 - Będziemy za około 1,5 do 2 godzin. No to pięknie - zapowiada się niezwykle interesujący koniec dnia, w przemoczonych ciuchach, bez jedzenia i pod chmurami, które nie wróżą niczego dobrego. Zauważam też, że Adam próbował się do mnie dodzwonić, a mój brak reakcji uruchomił pocztę głosową, która pozbawiła mnie wszystkich pieniędzy na karcie - nasz jedyny działający telefon właśnie stał się bezużyteczny. Jakieś 20 minut później niebo nad nami się otwiera - wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie... W powietrzu momentalnie pojawia się stado ponad 70 jaskółek skalnych, ale nie poświęcamy im ani chwili uwagi. Szukając schronienia raz jeszcze dobijamy się do restauracji i tym razem nasze żałosne oblicza wzbudzają litość - dostajemy dach nad głową i po filiżance gorącej herbaty! Odprężamy się, nasłuchując deszczu bombardującego szyby. Między trzecim i czwartym łykiem nachodzi mnie nagła refleksja - a jeśli deszcz przyśpieszył zejście Adama i Pawła z gór? A jeśli dzwonili do mnie i usłyszeli tylko głuchy sygnał odpowiadający stanowi mojego konta na telefonie? A jeśli źle zinterpretowali mojego ostatniego sms-a: Poszliśmy kawałek wzdłuż strumienia skąd przyjechaliśmy i zaczną szukać nas nie 50 metrów od wsi, a 5 kilometrów? Za dużo tych jeśli! Tknięty intuicją wypadam przed budynek i zauważam naszego Nissana wyjeżdżającego ze wsi w kierunku doliny! Rozpoczynam pościg za wciąż oddalającym się samochodem - przez kałuże i błoto, w deszczu, wymachując rękami i krzycząc. Każdy kto obserwował ten obrazek musiał dość szybko wyrobić sobie zdanie na temat kondycji mojego zdrowia psychicznego. Najważniejsze jednak, że w końcu dopadam pojazd i będąc wciąż w biegu zaczynam łomotać pięściami w drzwi i szyby. Uff, stanął :). Paweł za kółkiem ma nieco zdziwioną minę, ale z drugiej strony nieczęsto zdarza się, że ktoś puka do jadącego samochodu, którym akurat się kieruje! Swoją drogą, ciekawe ile kolejnych godzin spędzilibyśmy w Juta, gdyby nie zadziałał mój szósty zmysł :)?

Z Australii jest kawał drogi...
Nasz znajomy osioł z rana - jedna z większych "atrakcji" w Juta ;)








Gruzińskie "Dolomity"



W domu czeka na nas wystawna kolacja - na pierwsze danie pikantna zupa, o której nazwę zapomniałem spytać, następnie sałatka z kurczakiem i warzywami oraz podane na osobnym talerzu drobiowe mięso bez dodatków - pałaszujemy z zapałem. Czas w Stepancminda zleciał nam bardzo szybko. Za szybko! Jutro opuszczamy Wysoki Kaukaz, chyba jednak bardziej jako zwyciężeni, niż zwycięzcy. Temat pleszki kaukaskiej uważam bowiem za zamknięty. Ale od razu zastrzegam, że tylko na tym wyjeździe. Tylko na tym! Kolejne podejście może już... za rok!

Nic tak nie cieszy po powrocie z mokrych gór jak stół pełen jedzenia!
Szybkie zdjęcie i do dzieła!

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz