sobota, 10 grudnia 2016

Gruzja i Armenia - V: Gndasar i długa droga do Meghri (10 V 2016)

Areni, godzina 4:30

Rangersi są punktualni. Zostajemy rozlokowani do dwóch UAZ-ów: do nowego pick-upa (nawet nie przypuszczałem, że tę markę nadal produkują...), który będzie prowadził szyk, pakuję się wraz z Samvelem i Misakiem. Drugi z pojazdów - już typowy, swojski, wyeksploatowany "gazik", prowadzony będzie przez trzeciego ze strażników o imieniu Razmik i zabiera resztę naszej ekipy. Kierunek: północny-zachód! W najbliższej wsi - Chiva, opuszczamy asfaltową drogę i rozpoczynamy kilkunastokilometrową wspinaczkę pod górę Gndasar (2946 m.). Po chwili, chyba każdy z nas musi dziękować za wybór opcji z wynajętymi samochodami i kierowcami. Samvel porusza się po krętych i wąskich drogach z ogromną pewnością siebie - w końcu to jego miejsce pracy. Dodatkowa korzyść jest taka, że skoro nie musimy koncentrować się na drodze (choć podświadomie i tak kontroluję cały czas dystans dzielący nasze lewe koła od krawędzi urwiska, którą się przemieszczamy), możemy wypatrywać ptaków. Zanim dotrzemy na miejsce, odnotowanych mam już kilkadziesiąt żołn, kilka trznadli czarnogłowych oraz stadko trzech góropatw azjatyckich. Zbliżamy się w końcu do zboczy pokrytych śniegiem, które są naszym celem. Pada komenda "z wozu". Dalej, w absolutnej ciszy, podchodzimy już pieszo.

W drodze pod Gndasar

Rozstawiamy się z lunetami naprzeciw stromej ściany, podobnej do tej, na której obserwowaliśmy ułary kaukaskie w Stepancminda. Chwilę trwamy w niepokojącej ciszy, której wbrew życzeniom nie przerywa gwizdanie ułarów. Dopiero po paru nerwowych minutach ciszę przerywa stłumiony gwizd! To już połowa sukcesu. Wypatrzenie pierwszego koguta, tym razem okazuje się być jedynie formalnością - Marian lokalizuje go na samym grzbiecie ściany. Po chwili namierzamy kolejnego samca - pełen sukces! Z innych ptaków, mamy góropatwy, siwerniaki, głuszki, trzmielojady, jaskółkę skalną, kazarki rdzawe (3) oraz dorosłego orłosępa. Nie bez trudu znajdujemy dwie kozy bezoarowe - protoplastów kozy domowej. Kozioł, z bujną czarną grzywą, długą smolistą brodą i fantastycznymi, zakrzywionymi do tyłu szablastymi rogami (do 1,5 metra!) prezentuje się imponująco. Ciekawostką jest pochodzenie ich nazwy – od perskiego słowa bezoar, które oznacza odtrutkę - w żołądkach kóz znajdowano bowiem twarde zlepki resztek pokarmowych, złożone z sierści oraz włókien roślin pomieszanych z żywicą, którym w średniowieczu przypisywano właściwości lecznicze, a zwłaszcza przeciwjadowe.

Pod ułarowymi ścianami
 Ułar kaspijski (Tetraogallus caspius) - digiscoping
Ułar kaspijski (Tetraogallus caspius) - digiscoping
Koza bezoarowa (Capra aegagrus)
Koza bezoarowa (Capra aegagrus)

Wypatrywanie niedźwiedzia nie przynosi rezultatu - Misak twierdzi, że są lepsze miejsca, w których jednak... również należy być o świcie (no cóż, nie rozdwoimy się) - dajemy hasło do odwrotu. Przed nami długa (prawie 300 km) i kręta droga do Meghri, położonego na irańskiej granicy - lepiej mieć kilka godzin zapasu. Kiedy chcemy już składać sprzęt dochodzi do nas grupa zagranicznych turystów, której przewodniczy... Hasmik! Co za spotkanie! Opowiadamy co udało nam się znaleźć na Armash i przekazujemy informację o gilakach bladych - robią wrażenie! Ale mówimy też o niepowodzeniach... Okazuje się, że na wróbla krótkopalcowego jesteśmy po prostu za wcześnie - pierwsze ptaki przylatują do Armenii pod koniec drugiej dekady maja... Jeśli chodzi o zaganiacza pustynnego, dopiero pojawiają się forpoczty - jednego ptaka Hasmik obserwowała rano w pobliżu Areni - otrzymujemy namiary. Jednak gdyby nam się nie udało, powinniśmy mieć je w Meghri, albo w drodze powrotnej koło Araratu - sprawa jest otwarta.


Z Prezesem ;)
Nasza ekipa - od lewej: Krzysiek, Marian, Razmik, ja, Samvel, Misak i Paweł
UAZ 469 - charoszaja maszyna!

Podczas zjazdu do Areni obserwujemy dwa kurhanniki i myszołowa wschodniego. Mijamy kilka niewidzianych prędzej terenowych aut - najwyraźniej, w tutejszych górach kręci się niezły biznes, związany z wycieczkami przyrodniczymi. W pewnym momencie zauważamy, że jedziemy inną niż uprzednio trasą. Samvel ma w tym swój cel - zostajemy zaproszeni na poczęstunek w jego "górskiej rezydencji". Popijając kawę i przegryzając cukierki, nasłuchujemy śpiewu wilg i wierzbówek. Po pół godzinie ruszamy w dalszą drogę, która wreszcie przynosi przełom w moich fotograficznych starciach z chukarem. Przed nasze auto wybiegają dwa ptaki, które Samvel próbuje od razu podjechać autem. Ptaki zbiegają w dół urwiska pod ścieżką i wydaje się, że znów nic z tego nie będzie, ale jednak udaje mi się przekonać Samvela żeby ostrożnie podjeżdżał do krawędzi drogi. Miałem przeczucie - jeden ptak wciąż siedzi kilka metrów poniżej - mam go w pełnym kadrze! Wot, mołodiec! - komentuje z niedowierzaniem Misak, kiedy prezentuję mu efekt naszych podchodów na wyświetlaczu aparatu. Po chwili zatrzymujemy się ponownie - na drodze widoczne są świeże tropy niedźwiedzia. Wysiadamy z pojazdów żeby przejrzeć okolicę, ale samego "miśka" nie stwierdzamy. Już po zjechaniu w niższe i cieplejsze partie trafia nam się kolejna okazja do dobrego zdjęcia: na jednym z drzew przysiadły cztery żołny. Na trzy udaje mi się jeszcze załapać - do tego w ciekawym kadrze, przy sroczym gnieździe. :) Kiedy przejeżdżamy przez Chiva i mijamy tęgą, złowrogo spoglądającą kobietę, Misak nie powstrzymuje się od komentarza: Eta dikaja baba armiańskaja - oczień opasna! Ty chacziesz zdiełat snimok? Aż tak zdesperowany nie jestem - pokazuj lepiej niedźwiedzia!







Przerwa na poczęstunek u Samvela ;)
Wilgi (Oriolus oriolus)
Wilga (Oriolus oriolus)
Prezes to wszędzie wypatrzy jakiegoś ptaka ;)

Góropatwa azjatycka (Alectoris chukar) - przez chwilę wydawało się, że będzie to jedyne zdjęcie...
... ale na szczęście udało się poprawić! ;)
Na tropach niedźwiedzia ;)


Żołny (Merops apiastar) przy gnieździe... sroczym! ;)

Obserwuję Samvela za kierownicą i nachodzi mnie pytanie: jak szybko można jeździć w Armenii? Misak wyjaśnia: W garodie ili dierewnie - 60-70 km/h. W Erewanie budiet łuczszie 50 km/h - tam mnoga policji i "speed camery". Wiezdie kromie tawo 100-110 km/h. Dzięki za wyjaśnienia! Chciałem tylko potwierdzić swoje przypuszczenia, że to kwestia umowna. ;)

GAZ-53 - ciężarowa klasyka

Jesteśmy już w Areni, ale postanawiam wykorzystać naszych "rangersów" jeszcze na kwadrans. Jadąc główną drogą przez wieś, nie sposób nie zauważyć ładnego monasteru, eksponującego się na urwistym wzniesieniu ponad osadą - Samvel chyba wyczuwa moje intencje bo sam wychodzi z propozycją podwiezienia nas pod świątynię. Skoro niet prabljema, to jedziemy! Cerkiew, o której nie dowiemy się niczego z pospolitych przewodników, nosi nazwę Surb Astvatsatsin i pochodzi z 1321 roku. Budowlę zaprojektował, znany nam już z projektu kompleksu klasztornego Noravank, architekt i rzeźbiarz Momik Vardpet. W surowym wnętrzu zdecydowanie najciekawsze jest sklepienie. Na uwagę zasługują też interesujące chaczkary na tyłach cerkwi - na jednym z nich, zaraz po przyjeździe, udaje się sfotografować kraskę! Będąc pod świątynią warto podejść na krawędź urwiska skąd rozpościera się genialny widok na wieś i rzekę Areni oraz Arpę.

Kraska (Coracias garrulus)
Pod monasterem Surb Astvatsatsin

Gniazdo kowalika skalnego (Sitta neumayer)

Ciekawy chaczkar koło monasteru
Chaczkary na tyłach monasteru
Areni - widok z klasztornego wzgórza
Areni - panorama z klasztornego wzgórza
Areni - monaster Surb Astvatsatsin

Powracamy do naszej kwatery, do bagaży, załadowujemy samochód (przy akompaniamencie kolejnego odzywającego się w dzień syczka!), żegnamy się z Agasim i rangersami, po czym ruszamy w miejsce z zaganiaczem, które otrzymaliśmy od Hasmik. Nie ujeżdżamy daleko, bo z przedniej części samochodu dochodzą niepokojące piski. Stajemy, żeby skontrolować co się wyrabia z naszym pojazdem - diagnoza nie jest obiecująca: z obu mostów obficie wycieka olej... Bez warsztatu się nie obejdzie - nici z zaganiacza, ale to teraz najmniejszy problem. Marian i Paweł wracają po Agasiego, który po dotarciu do naszego Land Cruisera stwierdza, że wsio w pariadkie, takaja utieczka eta wsio normalna, Land Cruiser charoszaja maszyna i nie nada biespakoitsja :). Pomimo tej tyrady ku pokrzepieniu serc, naciskamy na informację o warsztacie, dzięki czemu dowiadujemy się, że w najbliższej wsi Yeghegnadzor "na pewno coś znajdziemy". Do "najbliższej wsi", dojeżdżamy po przejechaniu kilku innych, jeszcze "bardziej najbliższych" - warsztatów jest "tak wiele", że za pierwszym podejściem mijamy Yeghegnadzor i musimy się wracać, ale w końcu znajdujemy czynny zakład, gotowy do przyjęcia rannego. Na szczęście wyciek udaje się załatać od ręki, co nie zmienia faktu, że odtąd będziemy musieli bardziej oszczędzać nasze auto...

Syn i ojciec - Łada 2101 i Łada 2107 
Przymusowa przerwa w podróży
JerAZ-762 - ciekawostka rodzimej produkcji
Bloki mieszkalne w Jeghegnadzor

Na wschód od Jeghegnadzor droga M2 pokonuje atrakcyjne krajobrazowo półpustynne góry, z rozrzuconymi z rzadka miejscowościami. Od jakiegoś czasu zaczyna nam doskwierać głód, więc zatrzymujemy się koło przydrożnego handlarza owocami. Ceny są zaskakująco drogie, na co zwraca uwagę Paweł - spotyka się to jednak z błyskawicznymi kontrami handlarza, który każdą wypowiedź kończy sformułowaniem "w Erewanie nieskolka raz dorożie". Przy okazji, Prezes prezentuje swój najnowszy skecz, w którym mylą mu się nazwy armeńskiej waluty (dram) z określeniami lokalnych specjałów, w konsekwencji czego próbuje wytargować cenę za kilogram jabłek na sorok czinkali.  Jedźmy lepiej dalej, bo popłaczę się ze śmiechu! Za Vayk wjeżdżamy w sielankowy wąwóz rzeki Darb. Tutejsze widoki są pożywną strawą dla ducha, ale co z tego, skoro od rana nie mieliśmy w ustach porządnej strawy dla ciała ;). Kiedy tylko zauważamy pierwszy lokal gastronomiczny, zjeżdżamy - w przeciwnym wypadku temat będzie do nas powracał jak bumerang. Restoran Darb - tyle jesteśmy w stanie odczytać z wypłowiałego do białości billboardu przy drodze - wygląda dokładnie tak, jak nie powinno wyglądać miejsce, chcące przyciągnąć gości. Jest nijako i niechlujnie. Właściciele obiecują jednak najlepsze w okolicy (oby nie tylko dlatego, że jedyne) lula kebaby (siekana baranina, pieczona na grillu z dużą ilością przypraw i zieleniny), szaszłyki z kuricy i świeże pstrągi. Nim znajdziemy coś innego, umrzemy z głodu - zostajemy. Zajmujemy miejsca przy obskurnym stole pod altaną i czekamy długie pół godziny. Było warto, bo jedzenie jest zaskakująco dobre. Hitem jest świeży pstrąg, złowiony przez Prezesa! Tanio nas to nie wychodzi, ale czujemy się jak nowo narodzeni - tego nam było trzeba.


Restauracja Darb
Jedno z zaserwowanych dań
Prezes w zwycięskiej walce z pstrągiem
Bonus podczas oczekiwania na danie główne: jaszczurka Darevskia raddei

Po opuszczeniu wąwozu dojeżdżamy do wioski Saravan, za którą zaczyna się ostra i kręta wspinaczka na przełęcz Vorotan (2344 m. n.p.m.). Na samym siodle ustawione są dwa kamienne filary, symbolizujące bramę. Podczas zjazdu z przełęczy, po prawej wyłania się przed nami rozległe jezioro o poszarpanych brzegach, z łagodnymi i nagimi ośnieżonymi wzgórzami w tle. To zbiornik retencyjny Spandarian, powstały na rzece Vorotan, po przegrodzeniu jej zaporą w 1980 roku. Na znajdującym się naprzeciw jeziora wzniesieniu (po lewej stronie drogi), wybija się w niebo ośmiopiętrowa wieża (meteorologiczna?), na której umiejscowiona jest jedyna znana w Armenii kolonia pustułeczek! Długo nie zapomnimy pięknych obserwacji polujących gromadnie około dwudziestu ptaków. Targane na silnym wietrze sokoły, rzucane są gwałtownymi podmuchami na wszystkie strony świata - ja również z trudem utrzymuję stabilizację. Szkoda, bo była szansa na dużo lepsze zdjęcia.

KAMAZ 5511 i Łada Niva 2121 - uwielbiam smaczki postradzieckiej motoryzacji!
Pustułeczkowa wieża
Pustułeczka (Falco naumanni)
Pustułeczka (Falco naumanni)
Pustułeczka (Falco naumanni)
Zbiornik Spandarian
Pustułeczki (Falco naumanni) podczas typowego polowania synchronicznego
Pokląskwa (Saxicola rubetra)
W drodze na południowy-wschód

Wyraźnie się ochładza. Wjeżdżamy w okolicę Sisjan, słynącą z surowego klimatu - śnieg często pada tu jeszcze w kwietniu. Na domiar złego zaczyna siąpić nieprzyjemny deszcz. W takich warunkach przychodzi nam zwiedzać, położone tuż przy drodze stanowisko archeologiczne Zorac Kar, zwane inaczej Karahunj - "Śpiewające kamienie". Częściej spotkać się można z określeniem "Armeńskie Stonehenge", jednakże Karahunj, od swojego brytyjskiego odpowiednika, może być starsze nawet o 3500 lat. W odróżnieniu od osławionych monasterów, tu nie zastajemy ani jednego turysty. Parkujemy w pobliżu prowizorycznej budy z pamiątkami. Tuż obok niej, na trawiastym płaskowyżu (na wysokości 1770 m. n.p.m.) znajdują się największe w Armenii megalityczne struktury, powstałe pomiędzy 7000 a 4500 rokiem p.n.e. Na przestrzeni 7 hektarów, w wielki łuk z okręgiem pośrodku ustawione są 223 bazaltowe głazy, z których największe są wysokie na 2,8 metra i ważą 10 ton. 85 z nich w górnej części posiada otwory wielkości ludzkiej pięści - przypuszcza się, iż służyły one do obserwacji wschodów słońca podczas przesileń słonecznych oraz faz Księżyca. Karahunj mogło więc pełnić rolę obserwatorium astronomicznego, ale nie wykluczone, że spełniało również inne funkcje: świątyni, czy też swego rodzaju akademii, w której z pokolenia na pokolenie przekazywana była wiedza na temat gwiazd, kalendarzy i zodiaków - wielu armeńskich historyków ich odkrycie przypisuje właśnie ludziom, mieszkającym tu na długo przed powstaniem państwa Urartu. Być może, było to miejsce oddawania kultu głównemu Bogu dawnych Ormian - Ari. Sama nazwa kraju Armenia, składa się właśnie ze słowa AR (Słońce, słoneczny) oraz MEN (w znaczeniu ludzie). Armenia oznacza więc w przybliżeniu kraj ludzi czczących Słońce. Odkrycie 222 grobowców (2000 r.) z epoki brązu, wskazuje, że teorie te mogą jednak rozmijać się z prawdą, a Karahunj było tak naprawdę tylko grobowcem. Oczywiście, nie brakuje też koncepcji zakładających, że miejsce to stworzyli kosmici. Faktem jest, że mistyczne Karahunj kryje w sobie wiele tajemnic. Chociaż na terenie kamiennych kręgów panuje podniosła cisza, już kilkaset metrów dalej płaskowyż rozbrzmiewa śpiewami dzierlatek i kalandr dwuplamistych. Czas jednak goni nas coraz bardziej i poświęcamy im dosłownie chwilę - jeszcze za dnia, chcielibyśmy zobaczyć monaster Tatev.







Po niecałych 30 kilometrach jazdy na wschód mamy do wyboru dwa warianty dróg do Meghri. Wybieramy pierwszy, 146-kilometrowy, który przez blisko połowę trasy wiedzie wprawdzie duktami trzeciej kategorii, ale zahacza o Tatev. Wszyscy, którym zależy głównie na bezpieczeństwie i komforcie dojazdu do Meghri, powinni zdecydować się na wariant drugi, przez Goris (pomimo faktu, iż przez krótki odcinek prowadzi ona przez Górski Karabach). Z mapy wynika, że obie drogi schodzą się mniej więcej w połowie, w jedynym mieście przed Meghri, Kapan. Jakieś siedemdziesiąt kilometrów tarabanienia się po wertepach... chyba jakoś przeżyjemy!
Już po paru minutach cieszymy się z powziętej decyzji, bowiem trafia nam się, siedzący blisko szosy orlik krzykliwy. Po dziesięciu kilometrach docieramy do wsi Halidrzor, położonej na krawędzi głębokiego kanionu, wyrzeźbionego wodami rzeki Vorotan. Rozpoczyna się tu najdłuższa na świecie jednosekcyjna kolejka liniowa (5750 m.), oddana do użytku w 2010 i określona mianem "Skrzydeł Tatewu", którą w jedenaście minut dostać się można pod sam monaster. Niestety, ale po raz pierwszy ogranicza nas samochód - czeka nas więc zjazd na dno wąwozu, a następnie ostra i karkołomna wspinaczka. Odcinek w dół jest jeszcze wyasfaltowany, co sprzyja szybszej jeździe, która z kolei nie sprzyja oszczędzaniu hamulców, o czym przekonujemy się, kiedy do naszych nozdrzy dociera smród palonych klocków hamulcowych. Od tej pory zjeżdżamy na "jedynce"... Sześciokilometrowy podjazd wąską szutrową drogą, pełną zdradliwych nierówności jest niezłym przeżyciem. Nasz Land Cruiser nie bez wysiłku, ale twardo i zdecydowanie pnie się pod górę, zostawiając za sobą tumany pomarańczowego kurzu. Wreszcie osiągamy skalne plateau, na którym umiejscowiony jest Tatev - jedna z najwspanialszych kaukaskich świątyń.

Orlik krzykliwy (Aquila pomarina)
Orlik krzykliwy (Aquila pomarina)

Skrzydła Tatewu
Za chwilę skończy się asfalt i rozpocznie się wspinaczka widoczną serpentyną...
Jesteśmy w Tatev

Marian postanawia poczekać na nas w aucie, dzięki czemu na rekonesans zabytku nie musimy targać obciążających nas tobołów. Część obiektu jest otoczona stalowym płotem i rusztowaniem, co trochę zakłóca odbiór monasteru od strony wsi. Po wejściu na dziedziniec zaczyna się jednak robić bardzo ciekawie... Ale może najpierw trochę historii! Zdania historyków co do etymologii nazwy są podzielone - według jednych, wywodzi się od Eustacjusza - ucznia św. Judy, który nauczał w tym regionie. Inni przytaczają legendę, w której pracujący przy budowie kościoła samozwańczy czeladnik, próbujący zawiesić na kopule wieży krzyż swojej produkcji, traci równowagę i spadając w przepaść wykrzykuje do Boga: Ta tev - daj mi skrzydła! Wracając do faktów - pierwszy kościółek założony tu został w IV wieku, natomiast początki rozwoju monasteru datuje się na rok 848, w którym książe Sjuniku, Pilipos, ufundował - pierwotnie jednonawowy, kościół św. Grzegorza Oświeciciela. Tatev staje się wkrótce potem siedzibą biskupa i miejscem tętniącym życiem - na początku XI wieku mieszka tu około tysiąca mnichów i wiele osób świeckich. Jak to jednak w historii Armenii bywało, wszystko co dobre, kończyło się szybko za sprawą najazdów i katastrof naturalnych. Przegląd dramatycznych wydarzeń otwiera najazd muzułmański z 1044 roku. Dalej mamy trzęsienie ziemi (1136) oraz inwazję Turków seldżuckich (1170), którzy nie mieli niestety zrozumienia dla dorobku kulturalnego mnichów i puścili z dymem około 10 tysięcy bezcennych manuskryptów. Przez kolejne stulecia, historia oszczędzała Tatev, który stał się dzięki temu jednym z najważniejszych centrów kulturalnych, naukowych (słynął m.in. z nauki kaligrafii) i religijnych w regionie, a także głównym centrum oporu przeciw asymilacji z Kościołem Rzymskokatolickim. W latach 1390-1435 znajdowała się tu nawet siedziba instytucji, zwanej "uniwersytetem", w której wykładali dwaj najdoskonalsi armeńscy nauczyciele: Hovhan Vorotnetsi i Grigor Tatevatsi. Rozkwit sprzyjał bogactwu, a to przyciągnąć w końcu musiało kolejnych amatorów łatwego zarobku - parokrotnie już wspominany Tamerlan zakończył wizytę w Tatev spaleniem zabudowań i wymordowaniem zakonników. Po tej historii, klasztor podniósł się na nogi dopiero w XVII i XVIII wieku. I zapewne dotrwał by w niezłym stanie, aż do naszych czasów, gdyby nie tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi z 1931 roku, po którym obiekt restaurowany jest po dziś dzień.

Monaster w Tatev - widok ogólny

Kompleks jest bardzo rozbudowany, a my mamy jakieś pół godziny czasu... Wchodzimy przez główną starą bramę w północno-wschodnim narożniku monasteru - dosłownie tuż nad nią wznosi się osobliwy kościół św. Matki Bożej z XI wieku, będący jakby miniaturą ormiańskiego kościoła, wzniesiony na wysokiej platformie nad konstrukcją wejściową. Wizyta w Tatev wieczorną porą ma swoje plusy, z których najważniejszy jest fakt, że mamy cały obiekt na wyłączność. Na pierwszy ogień idą budowle znajdujące się w centralnej części kompleksu - monumentalna trójnawowa bazylika św. św. Piotra i Pawła i doczepiony do jej południowej ściany mniejszy kościół św. Grzegorza Oświeciciela. Pierwszy z wymienionych, wzniesiony w 906 r. jest najstarszym obiektem Tatevu - na uwagę zasługuje w całości pokryte freskami wnętrze. Przylegająca doń konstrukcja jest nieco nowsza, pochodzi bowiem z XI wieku. Pięknie prezentuje się jej portal z wyrzeźbionymi w kamieniu motywami geometrycznymi oraz prowadzący do niej ciąg arkad ze zgrabnie wmontowanymi chaczkarami. Między arkady i kościół św. Grzegorza wciśnięta jest kolejna miniaturowa świątynia z własną ażurową kopułką i zdobionymi ścianami - to mauzoleum wspomnianego Grigora Tatevatsi. Najciekawszy obiekt znajduje się jednak na przeciw arkad. Mowa o ośmiometrowym słupie na planie ośmioboku, której szczyt zdobi niewielki chaczkar. To tak zwany Gawazan - "kołysząca się kolumna" z 904 roku, służąca rzekomo do prognozowania... trzęsień ziemi! Chaczkar na jej wierzchołku miał się bowiem kołysać jeszcze, zanim doszło do wstząsów odczuwalnych przez człowieka. Legenda głosi, że w podobny sposób reagował na zbliżanie się obcych wojsk, które poruszały go miarowym krokiem, rezonującym okolicę.


Bazylika św. św. Piotra i Pawła
Gawazan
Bazylika św. św. Piotra i Pawła
Kościół św. Matki Bożej z XI wieku
Kościół św. Grzegorza Oświeciciela
Mauzoleum Grigora Tatevatsi
Chaczkary
Gawazan
Monaster Tatev
Sklepienie bazyliki św. św. Piotra i Pawła

Dziedziniec kompleksu otoczony jest zwartą zabudową, tworzoną przez kilka podłużnych obiektów - są to m.in. dawne stajnie, noclegownie dla studentów, Matenadaran (skarbnica rękopisów i skryptorium), piekarnia, kuchnia i refektarz. Z dziedzińca wejść można do każdego z tych pomieszczeń (nie ma zamkniętych drzwi), przez co poczuć się mogę jak bohater jakiejś logicznej gry FPS. Penetrujemy wszystkie zakątki odkrywając co chwila - jeszcze do niedawna - sekretne dla nas przejścia i korytarze. Naprawdę, nie ma tu nieciekawych miejsc, a wynajdywanie kolejnych zakamarków to ekscytująca przygoda. Krążąc po intrygujących komnatach warto znaleźć miejsce z ekspozycją, ponad otaczającymi klasztor fortyfikacjami (najlepsze znajduje się w zabudowaniach rezydencji biskupa), aby móc podziwiać zapierający dech w piersiach krajobraz wąwozu Vorotan i otaczających go masywów górskich, oddzielających Armenię od Górskiego Karabachu i Nachiczewanu. Rzut oka na przepaść poniżej uświadamia, w jak dogodnym strategicznie miejscu zbudowano cały kompleks.


Zbocza wąwozu Vorotan
Monaster pełen jest ciekawych zakamarków

18:30. Wyjeżdżamy spod monasteru. Jeszcze tylko krótki przystanek powyżej wsi, skąd rozpościera się najlepsza panorama na klasztor i kontynuujemy mozolną wspinaczkę w kierunku miasta Kapan. Okazuje się, że dalsza droga - nie dość, że dziurawa - jest nadal bardzo spadzista, a ponadto mocno kamienista, przez co miejscami przypomina koryto rzeczne. Chciałbym dopaść kartografa, który miał sumienie wypełnić jej kontur na mapie żółtym kolorem. Autem trzęsie niemiłosiernie. Od zakrętu, do zakrętu - od krawędzi przepaści, do krawędzi przepaści. W tym stylu, poobijani docieramy do Kapan, 45-tysięcznej stolicy peryferyjnego regionu Sjunik, składającej się głównie z szarych blokowisk, ale za to ulokowanej w uroczej zielonej dolinie rzeki Woghji. Teraz powinno być już lepiej ("czerwona droga"), co jednak nie oznacza, że "z górki". Wspinamy się dalej! Chwilę jedziemy po względnie prostej drodze, ale w końcu zaczynają się kolejne serpentyny, których kulminacją mają być dwie przełęcze: Tashtun (2359 m.) i Meghri (2539 m.). Szkoda tylko, że nie uwzględniliśmy jednej istotnej kwestii - w takich jak dziś warunkach pogodowych, przełęcze spowite będą w gęstej mgle. Kiedy za wsią Kajaran rozpoczynamy atak szczytowy, nie widać praktycznie niczego, poza szczelnie otaczającym nas zewsząd białym, nieprzeniknionym kożuchem. Najgorsza mgła, z jaką zetknąłem się w życiu. Nie ma mowy, żeby zatrzymać się i to przeczekać - z lewej strony przepaść, z prawej metalowa barierka - prędzej zmiecie nas jakaś zjeżdżająca z góry ciężarówka. To już nie są żarty - ciasna droga stale zaskakuje nas kolejnymi ostrymi zakrętami. Poruszamy się z prędkością 10 kilometrów na godzinę, z otwartymi przednimi i tylnymi szybami: Marian nie jest w stanie w porę wyczuć zakrętów bez pomocy nawigatorów, obserwujących jezdnię z wystawionymi na zewnątrz głowami. Dla większego komfortu jedziemy środkiem jezdni i modlimy się tylko o to, by już osiągnąć przełęcz. W końcu daje się wyczuć, że droga wyrównuje się, a po chwili zaczynamy zjazd. Mgła powoli się rozrzedza, a kilka kilometrów dalej ustępuje - tak szybko, jak szybko nas zaskoczyła kilkanaście minut temu. Mam wrażenie, że to wszystko trwało parę godzin. Obiecujemy sobie jedno - w drodze powrotnej musimy pokonać obie przełęcze za dnia.


Pożegnanie z Tatew

Do Meghri dojeżdżamy dość późno, bo po 21. W ciasnej i pionowej zabudowie oraz pośród stromych uliczek można się pewnie z powodzeniem zgubić za dnia, a co dopiero nocą, ale - choć z przebojami - znajdujemy wreszcie naszą kwaterę: B&B Haer. Pensjonat prowadzi bardzo przyjazna i gościnna Pani Marieta Azatyan, która pomimo późnej pory nawet nie bierze pod uwagę, żeby puścić nas do łóżek o pustych żołądkach, w konsekwencji czego o 22 siadamy do kolacji. Są pieczone ziemniaki, kilka surówek, pyszny kozi ser, powik - wreszcie mamy okazję skosztować tego góralskiego specjału, który, mówiąc szczerze, z nóg nas nie zwala - oraz butelka domowej "wody ognistej". Jesteśmy zakwaterowani na pierwszym piętrze budynku, który urządzony jest w oparciu o fuzję stylu armeńskiego, sowieckiego i perskiego. Jakoś tak z miejsca czuję się tu swojsko. Z okna naszej sypialni słychać syczka - już jestem podekscytowany. Za parę godzin zaczniemy naszą najbardziej egzotyczną część wyprawy - na irańskim pograniczu...

B&B Haer
c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz